Sucker Punch, albo popkultura wojny

Lubię oglądać filmy z niebytu. Nie znam nazwiska reżysera, scenarzysty, aktorów, twórców muzyki, producentów, budżetu. Nie oglądam zapowiedzi i nie pozwalam sobie streszczać filmu na trzy minuty przez seansem. Idę do kina, siadam w fotelu i czekam, licząc, że mnie zaskoczy, zaintryguje. Że mnie ucieszy, cokolwiek zobaczę. Oglądając pierwszy raz Sucker Punch nie miałam pojęcia, że to film Zacka Snydera. Nie wiedziałam o nim nic i to mnie uratowało!

Recenzje filmu są nieprzychylne. Zarzuca mu się nadmiar efektów, brak treści, słabe aktorstwo, miałkość i efekciarstwo. Internauci piszą: „koszmar”, „rozczarowanie”,”, „ratuje go tylko muzyka”, „film zupełnie się Zackowi nie udał” (z poufałością nazywają reżysera samym imieniem). Zaskoczyło mnie to odrzucenie, odkryte po seansie, bo jestem filmem oczarowana. Czytam go przez zabawy konwencją i nowe użycie starych motywów, nawiązania i świadome zabiegi reżyserskie. Dostrzegam prowokację i estetykę „barbarium”, nie oczekując kolejnego cudownego, poprawnego filmu.

Ludzie mówią, że ten film to teledysk, istotnie coś w tym jest. Ale dla mnie, początkowe ujęcia Sucker Punch to także francuska szkoła Jeana Pierra Jeuneta i estetyka jego Delicatessen, Miasta zaginionych dzieci, czy Amelii. Nie ma u Amerykanina surrealizmu Amelii, czy czarnego humoru Delicatessen, dlatego wydaje się, że porównanie tych filmów jest bezzasadne. Jeunet podkreślał groteskową wizualną stronę filmu, niesamowity klimat, wydźwięk tajemnicy ale i Snyder zdaje się wyrastać z tej estetyki, w której forma jest równorzędna treści, forma, dodajmy, pozornie mimetyczna. W warstwie wizualnej mamy tu długie zwolnione ujęcia, delikatną dozę gotycyzmu, monochromatyczne barwy wnętrz, filtry przydające przestrzeni ponurego charakteru. Od początku otrzymujemy umowność, wyrazistą formę opowieści symbolicznej, bo choć odnosi się do drastycznych przeżyć młodej dziewczyny, to wiemy, że nie będzie to film psychologiczny, lecz operujący doświadczeniem skrajnym i granicznym jak śmierć czy gwałt, by wyzwolić uniwersalne znaczenie.

Jak u Jeuneta początek filmu Snydera nie pozostawia wątpliwości, że poznamy historię, nie o bezpośredniej „prawdzie życia”, choć opierającą się na jej smutnych elementach. Niesamowity początek filmu Zacka Snydera jest hołdem złożonym francuskiemu filmowcowi, choć nawiązuje też estetyką do takich perełek kina dziecięcego jak Seria niefortunnych zdarzeń. Ale ta równowaga obrazu i tekstu to także spuścizna patrzenia komiksem, klatką, obrazem, światłocieniem, monochromatyczną plamą, semantycznym mariażem doznania wizualnego i przekazu tekstowego.

Widzowie doszukują się w Sucker Punch wpływu Wyspy tajemnic. Wynika to z osadzenie akcji w szpitalu psychiatrycznym w latach 50-tych. Samoobrona umysłu człowieka zamkniętego w takim zakładzie, to jednak zabieg pretekstowy, quasi werystyczny, który zostanie odrzucony na rzecz siły wyobraźni bohaterki. Równie dobrze reżyser mógł umieścić bohaterkę w więzieniu lub zakładzie poprawczym. Wybrał zakład dla umysłowo chorych, by zaznaczyć umowność tego, co nazywamy normą. Nawiązał do sposobów eliminacji osób niewygodnych, pokazał ludzką imaginację jako ciekawą drogę ucieczki. Wszystko to jest wyraźną grą z ikonami kultury tamtych lat. Triumfująca lobotomia, która pozbawiła tysiące ludzi depresji, omamów i halucynacji, a przy okazji emocji, pamięci i tożsamości, jest symbolem Ameryki ufnej w zdobycze medycyny. Ukłonem nie tylko w stronę kanonicznej w tych rejonach książki Sylvii Plath (Szklany klosz), ale też Przerwanej lekcji muzyki, z roku 1999. Z drugiej strony wyraźnym tropem drużyny wojujących pensjonariuszek będą Aniołki Charliego, czyli dziewczyny do zadań specjalnych. Snyder przerysował konwencję, zastosował kostiumy współczesnych lalek, jawne odniesienia do konwencji Pin Up Girls. Przy czym to, co zachwycało 60 lat temu, nie cieszy już oka nowego widza. Dlatego symbolem seksu, jakim były kobiety z pocztówki, stają się w Sucker Punch dziewczęta, młode, zaskakująco niewinne – przy całym bagażu doświadczeń- panny, drużyna piękności walczącej pod opieką mistrza. Sama walka to już wizje gracza komputerowego, jej choreografia to nic innego jak ukłon w stronę zasobów mentalnych takich widzów. Stąd nieodzowne w takich przypadkach „bestiarium”: smok, zombi, japoński cyberwarrior. I obok wymyślnej broni strzelającej – katana, nowy symbol amerykańskiej popkultury.

Elementem kulturowej układanki będzie też kod baśniowy, z wymagającym nauczycielem, artefaktami do zdobycia, questami do przeprowadzenia, czy potworami do zlikwidowania. Owa umowność światów wyobrażonych Baby Doll, nieprzystawalność i baśniowość są efektem zamierzonym. Przerysowane pojedynki eksponują fakt, że b o h a t e r  w a l c z y  z  p o t w o r e m. Może stać się nim smok, niemiecki zombi czy ogromna bomba. Ważne, by protagonista zwyciężył i przeszedł na wyższy poziom, zdobył kolejny artefakt. Dlatego potrzebny jest niepodważalny podział na dobrych i złych. Owa struktura baśni, potwierdzona cudownymi przemianami dziewczęcego erotycznego tańca w taniec śmierci utwierdza nas w konwencji i usypia naszą czujność. Przecież, jako widzowie, niepoważnie bierzemy owe wyprawy „po złote runo”, przeczuwając iż, tak jak w baśni, po wielu przeciwnościach dziewczyny zdobędą potrzebne przedmioty i zakończą swój dramat. Matryca baśniowa działa bezbłędnie do momentu pierwszej ofiary. Tu bowiem możliwości happy endu ustępują miejsca konwencji tragicznej i nic już nie jest przewidywalne w tym niby-świecie.

Dla Sucker Punch, poza tymi oczywistymi wykładnikami zanurzenia w kulturze, istnieją dwa inne tropy, które mówią więcej o współczesnym kinie niż snucie rozważań o kolejach fabuły. To motyw niewinnej dziewczyny zabijającej i motyw piękna wojny. Ten drugi zwrot przytaczam za Alessandro Baricco, który kilka lat temu na nowo napisał historię trojańską, tworząc autorską transkrypcję Iliady Homera. Odczytał ją w kontekście apoteozy wojny, naturalnego dla człowieka ówczesnych czasów stanu permanentnego doświadczenia granicznego. Pisał, że Iliada „powstała by opiewać ludzkość wojującą, (…) by opiewać wieczne uroczyste piękno i nieuleczalne emocje, które kiedyś wiązały się z wojną i zawsze wiązać się z nią będą”.

Uniwersalność piękna wojny wyraża się w świecie współczesnym właśnie w takiej dziwnej skądinąd formie w filmie Zacka Snydera. Chłopięcy i męski pociąg do broni, jednostek, formacji, rozkazów, zadań do wykonania, do braterstwa broni. Jeśli ktoś pomyślał teraz o „300” to jest to naturalne. To ten sam motyw piękna wojny, który reżyser rozpisał poprzednio w swej historii o Termopilach, ta sama sakralizacji walki, odbywa się w sekwencjach Sucker Punch. Chłopięcy entuzjazm dla spraw wielkich i chwalebnych, trudnych i przegranych. Wówczas w konwencji podniosłej, teraz smutnej i przerysowanej. W dodatku, nie występują tu doświadczeni wojownicy, lecz dziewczyny, których bronią jest też seksualność.

Dlaczego dziewczyny? Bo to kolejna męska fantazja na temat piękna wojny, tym razem dosłowna. Młoda, seksowna, piękna, jeszcze nie kobieta- wszak Baby Doll nosi kucyki i ubrania panieńskie- ale już groźna, bo z bronią, z mieczem, z karabinem, RPG, czy cokolwiek wyobraźnia męska podpowie. Fantazmat erotyczny dziewczyny z bronią podkreśla też brak krwi. Wzmacnia nasze przekonanie, ze wszystko to gra. Dopóki nie ma w imaginacyjnej kreacji zapłaty za walkę, dopóki nie ma krwi, nie ma też prawdy, jedynie bezpieczna wizja. Brak rytuałów krwi czyni ten świat zabawą, dopiero pierwsza ofiara naznacza zabawę realnym niebezpieczeństwem śmierci.

Piękna dziewczyna z egzotyczną bronią to coś co nas określa, symbol odrealnienia współczesności wobec tego, co dzieje się naprawdę. Wobec wojny, która się w świecie rozgrywa. Drugą stroną tego wizerunku będzie bohaterka Hanny, także z bronią, lecz jakże inna, poważnie groźna, choć też wyrosła z japońskiego kodu niewinności uzbrojonej. W tym filmie, o wyraźnej realistycznej konwencji, objaśnienie rodem z science-fiction sytuuje nastoletnią zabójczynię w pozycji odmieńca, tłumacząc jej sytuację likwidatora. Podczas gdy w Sucker Punch nic takiego nie jest nam potrzebne, bo to film o naszych groźnych-niegroźnych fantazjach.

Snyder pokazując męskie fantazmaty, upodobanie do obrazów wojennych, lecz nie prawdziwej wojny, do pięknych dziewcząt, lecz nie kobiet – ukazuje niedojrzałość współczesnych mężczyzn. W tym filmie, niczym w lustrze przeglądają się widzowie. Snyder odchodzi od patosu na rzecz wykoślawionej, ale estetycznej wizji wojny. Emocje z nią związane są, jak napisał Baricco, uniwersalne i wieczne, dlatego naturalnym jest, że pociągają męskich widzów. To popkultura wojny, walki która ma być przyjemna dla oka.

Dlaczego zatem nie podoba się widzom? Dlatego, że ktoś tak jawnie odkrył ich fantazje? Że złamał tabu i pokazał co ich pociąga w grach, gdzie sama rywalizacja nie wystarczy i musi się pojawić seksowna panna? A może dlatego, że bawił się tą konwencją niby-wojny, tak jak wcześniej obnażył superbohaterów. Że pokazał nam jakie fajerwerki nas cieszą i jak rzadko, pod ich feerią potrafimy dostrzec ludzkie historie. Bo przecież ten film ostrzega, że prawo do życia w normalnym świecie wygra tylko ta, która nie została skalana chęcią przemocy, która jest rozsądna, dorosła, zachowawcza. I tylko wtedy, gdy reszta drużyny złoży dla niej ofiarę krwi.

Niby prosty film z tysiącem efektów, a jednak tragedia grecka.

Cytat za: A. Baricco, Homer, Iliada, Warszawa 2005, s. 143.

Sucker Punch, Scen. i reż. Zack Snyder, Kanada/ USA 2011.

Czas Fantastyki, 2011, nr 2.

Reklamy

Mit powraca w wielkim stylu

Nie będę pisać o tym, kto i z jakimi efektami specjalnymi zrobił film 3001. Nie będę pisać o komiksie Franka Millera, na podstawie którego został zrealizowany. Ani o pięknych kartach historii Grecji i o tym, jaki zachodzi związek pomiędzy historią opowiedzianą w filmie a faktami z przeszłości. Na portalach internetowych napisano, że 300 to wojenno-historyczna produkcja i przygodowo-wojenny dramat akcji. Ci, którzy oglądali, uśmiechają się. Wszystkie słowa zrozumiałe, ale to chyba jednak nie o tym filmie, bo jakkolwiek jest tu quasi-historia a nawet wojna, mająca odniesienie w rzeczywistości historycznej, to jednak dziwnym wydaje się nazywanie tego filmu przygodowym. Witaj przygodo, rzekł król Leonidas, podniósłszy się rankiem z łoża?

Od kilku lat regularnie ktoś wpada na pomysł, by filmować starożytne historie: zagładę Troi, historię Aleksandra Wielkiego, opowieść o potomkach Marka Aureliusza, dzieje Artura i jego wojowników w krainie, dla której mur Hadriana jest ostoją cywilizacji2. Jako, że są to produkcje wysokobudżetowe z gwiazdorską obsadą, nie uwierzę, że powstały w umysłach twórców jedynie z wewnętrzej potrzeby zrealizowania marzenia dziecięcego. Zostały dokładnie przestudiowane pod względem marketingowym. Co prowadzi do konkluzji, że skoro zdecydowano się postawić na starożytne historie to antyk jest w modzie. Co nie było trudne do udowodnienia, bo po pierwsze co jakiś czas antyk jest w modzie a ponadto teraz jest w modzie zauważalnie. Zatem wracamy do eposu Homera, wojen z Germanami, Persami, Celtami, Spartą itd.

Warto zauważyć pewną prawidłowość, która powtarza się w tych filmach. Prawie wszystkie te produkcje bardzo do siebie podobne, z rozmachem, przepychem scenograficznym, efektami specjalnymi, kostiumami (które, jak podejrzewam wszyscy od siebie nawzajem pożyczają), gubią gdzieś w drodze realizacji coś, co jest najważniejsze -opowieść. Jedyny wyjątek stanowi wśród nich Gladiator, w którym losy człowieka wyraźnie ważniejsze są od efektownej scenografii. O innych jednak trudno to powiedzieć z przekonaniem.

Cywilizacja europejska, śródziemnomorska, zachodnia potrzebuje powrotów do antyku, bo potrzebuje korzeni, mitów, pamiątek o świetności, o tym, co stanowi kościec tej kultury. Każda nacja czerpie wiele ze swojej mitologii i starożytnej historii. My jako Słowianie, niestety wciąż za mało interesujemy się własną mitologią i prahistorią, mylnie zakładając, że jako społeczność obecnie jednolita religijnie powstaliśmy wraz z przyjęciem chrześcijaństwa. Każdy naród lubi pamiętać, że jest wyjątkowy, że miał w swoich dziejach bohaterów, którzy zmienili losy świata. Dlatego lubimy filmy historyczne, lub też raczej quasi -historyczne. Ale dlaczego niektóre bardzo nam się podobają a inne zupełnie nie? Pomimo nakładów pracy, finansów i nieśmiertelnych historii? O gustach się nie dyskutuje, a jednak jest pewien wzorzec naszej reakcji, o którym chciałabym napisać.

Próby przedstawienia w Troi historii mitycznej, jako faktu dziejowego, właściwie nawet nie były nieudane, były zupełnie „obok”. Zaplątani w pseudorealnia epoki realizatorzy zapomnieli o czym w istocie jest ta opowieść. A ona jak każda historia mityczna jest o zdradzie, miłości i honorze. Zapomnieli że mit, jako historia absolutnie prawdziwa w sensie filozoficznym, nie ma z historią dziejów nic wspólnego. Trudno zrozumieć ich decyzję, by za wszelką cenę pokazać „jak to było naprawdę”. Choć w sferze legend, co chwila wyjaśniamy, desakralizujemy, odbrązawiamy to musimy sobie zdać sprawę, że jednocześnie pozbawiamy codzienność niezbędnych sekretów. Może nasze empiryczne czasy, w których już mało miejsca na tajemnicę, wymuszają odkrywanie białych plam, nawet w micie, może to moda? Wracając do Troi. Skończyło się tym, że rzesze historyków i pseudohistoryków spierały się o to, czy to i owo było już w czasach Troi czy nie. I tyle nam zostało z tego filmu, filmu o przekleństwie rodu Priama. Spory historyków. Bo w istocie ten temat nas nie poruszył. A powinien. Powinien dotknąć nas do żywego. Powinien pobudzić w nas krew. Powinniśmy przeżyć całym swym jestestwem widza kinowego bohaterstwo Hektora, spryt Achillesa, zdradę Heleny, pokusy Parysa. Ale nic takiego się z nami nie stało. Nic się z nami nie stało w tym kinowym fotelu, bo oglądając zastanawialiśmy się nad pomyłkami Amerykanów, już przysłowiowymi. Jesteśmy narodem domorosłych historyków, każdy miał coś do powiedzenia, a co światlejsi w nauce historii zupełnie się zagubili w gąszczu prób rekonstrukcji wrogów starożytnej Grecji.

Podobnie rzecz miała się z Królem Arturem. Realizatorzy założyli, że postać legendarna istniała naprawdę, jako konkretny namiestnik rzymski w Bretanii, co nota bene nie odbiega od ustaleń historycznych. Lecz takie założenia niestety pociągają za sobą pewne konsekwencje. Film historyczny powinien spełniać założenia realiów epoki, bo inaczej nagle wszyscy dopatrują się błędów, o których de facto mówić się nie powinno, gdyż film jako dzieło sztuki to wytwór wyobraźni twórców. Ten upór, by opowiedzieć pewną „prawdę historyczną” wzbudza tylko zamęt i niczego prawdziwego w istocie swojej nie tworzy. I niewiele nam przekazuje. Bo jeśli chce się zrobić film historyczny z mitu, zawsze poniesie się klęskę. Nie tędy droga. A zatem, którędy?

By się dowiedzieć, jak pokazać mit na ekranie, wystarczy zobaczyć 300. Po pięciu minutach, przeniesiemy się daleko od nas samych, czując, że uczestniczymy w tworzeniu się dziejów. Bo to, co wydarzyło się w filmie Zacka Snydera wydarzyło się naprawdę. Tak jak naprawdę wydarzył się mit, będący trawestacją doznań i doświadczeń ludzi w zamierzchłych czasach, którzy swe przeżycia opowiedzieli w wersji uniwersalnej opowieści. Nie ma w tym filmie nacisku na pokazanie faktów i prawd historycznych. Nikt się tu o realia epoki nie kusił. Nikt nie dopracowywał z konsultantami historycznymi scenografii, nie dobierał kostiumów z epoki. Bo nie była to lekcja historii. A widz nie zwrócił na to uwagi. Bo nie zdążył. Opowieść pochłonęła go całkowicie.

Obraz Snydera opowiedział historię starą jak świat, starą jak ludzkość, historię z zarania naszej cywilizacji. Historię o tym jacy jesteśmy a raczej jacy chcemy być. Bo nie ma chyba mężczyzny, który nie nosi w sobie takiego ideału jak Leonidas. I nie ma, jak myślę kobiety, która nie chciałaby być królową takiego mężczyzny. Nie trzeba było nawet nadawać imion, można powiedzieć: oto król. I oto królowa. Oto bracia w walce. Oto nieprzyjaciel, wróg, a oto zdrajca. Wszyscy mają tu swe odwieczne role do odegrania. Jak w mitycznym eposie, eddzie, legendzie czy chanson de geste król jest piękny, silny, mądry i odważny. Królowa piękna, silna, mądra i odważna. Zdrajca odrażający. Wróg pełen pychy i pogardy. A drużyna lojalna.

Mit odczytujemy już w pierwszych scenach. Mały chłopiec i jego inicjacja. Przechodzi wszystkie jej etapy: oddanie w siódmej wiośnie pod opiekę mężczyzn, ćwiczenie hartu ducha, nauka walki i zabijania. A gdy przychodzi do próby chłopiec musi się sprawdzić. Nie razi nas wilk do wilka niepodobny, bo tak może go widzieć chłopiec, jako bestię. To jest wilk, którego musi pokonać, by stać się mężczyzną, by odwaga zwyciężyła dziecięce leki. Inicjacja jest magiczna. Dziecko- król wykazuje się odwagą, ale i bardzo ludzkim sprytem. Jest jednocześnie bardzo silny i niezwykle ludzki. Bo mit mówi, że człowiek jest wyjątkowy w swej naturze, może wznieść się na wyżyny ale i spaść prosto w przepaść.

Chłopiec zostaje królem, bo każda historia mityczna opowiada o kimś wyjątkowym. Bohater -król podlega nieustannej próbie prawdy i wolności. Jakże jest ludzki i boski zarazem w swym gniewie, ten kto go obrazi, jego poddanych i jego królową musi ponieść karę. A kara, jak wiadomo, jest tylko jedna i jest nią śmierć. W micie nie ma niczego zbędnego. Mit to historia człowieka i jego przeznaczenia. Słabości i lęków. Siły i zwycięstw. Jako człowiek Leonidas przeciwstawia się wyroczni i jej sugestiom i przypomina w tym Edypa, za wszelką cenę pragnącego zmienić swój los. Wiemy, że stanie się jednak tak, jak zostało zapisane.

Tym, co przynosi siłę bohaterowi jest miłość, w której małżonkowie-kochankowie nie potrzebują słów, by się porozumieć. Tu nie ma miejsca na zdradę, bo nawet gdy ona nadchodzi, jest rodzajem poświęcenia i nie kala do końca królowej. Poza tym ona zmazuje ją tak, jak winna czynić to królowa, żona wojownika. Zabija tego, który ją upokorzył. Zabija i nikt nie krzyczy morderca, bo to jest właśnie sprawiedliwość mitu. Śmierć dla zdrajcy, kłamcy, oszusta, polityka! Królowa- wierna żona i jednocześnie partnerka swego męża. Nie potrzeba słów o równouprawnieniu kobiet, nawet uwaga perskiego posła na temat wtrącania się kobiet w dyskusje mężczyzn brzmi tu absurdalnie. Bo w tej krainie, mitycznej krainie, kobieta swą mądrością wspiera męża. Jedność jaką stanowią małżonkowie jest jak we wszystkich legendarnych historiach miłosnych jednością dusz i serc. Ale nie wypełnia sensu życia Leonidasa. Tym sensem jest Sparta. Kraina mityczna, która niesie w sobie wyidealizowane uosobienia ojczyzny. Sparta rządzi się swymi prawami, które się sprawdzają. Wyrocznia reguluje prawo, senat je zatwierdza, ale realną władze ma w niej sama idea ojczyzny, państwa wolnych obywateli, którzy samostanowią o sobie. Tu wszyscy przede wszystkim kochają swój Heimat.

Zagrożenie przychodzi z dwu stron. Od wrogów oficjalnych, widocznych i niewidocznych, zdradliwych. Nie ma możliwości, by mit obył się bez zdrady. Zdrada jest słabością królów-bohaterów, gdy nikt i nic nie może pokonać ich męstwa. Zdrada to pięta achillesowa mitycznych bohaterów. Kolejny ludzki element w boskiej historii. Miłość jest ludzką stroną dobra. Zdrada tą złą. W naszej opowieści o Spartanach zdradza garbus, odrzucony z drużyny. Deformacja dotyczy nie tylko jego zewnętrznej postaci, ale i wnętrza. Więc wybór, by karłowate dzieci zabijać po urodzeniu, w końcu okazuje się uzasadniony, nie jest barbarzyństwem lecz przenikliwością. Ułomność garbusa polega na słabości. Reguła jest prosta i stara jak mit. Słaby- zły, silny- dobry. Jego ułomne serce, pełne strachu i zawiści, nie potrafi przyjąć innej wykładni jak zaspokojenie własnych potrzeb. Indywidualizm to egoizm. Egoizm to zdrada.

Na takich jak on czeka prawdziwy wróg Leonidasa, Kserses, przekonany w swej pysze o dominacji nad światem. Jestem dobry, mówi, bo pozwalam wam na słabość, dopowiadamy, bo akceptuję was takimi, jacy jesteście, zdrajcami, pokrakami, kreaturami. Władca świata, jak zwykł się nazywać, przygarnie wszystkich, którzy będą mu służyć. Którzy wyrzekną się swego prawa do człowieczeństwa, takiego jakim może być. Zostaną przy nim ci bez honoru, usłużni, kłamliwi, posłuszni. Do każdego serca można znaleźć klucz, do słabego leży jak na dłoni.

Kserkses, uzurpując sobie prawo boga, widzi przed sobą człowieka i musi zmierzyć się z jego silną wolą. Z jego człowieczeństwem. Kusi Leonidasa marnościami, które mogą zwieść zwykłych ludzi, chcąc ofiarować mu władzę, którą ten i tak posiada. Posiada zresztą znacznie więcej niż Kserkses kiedykolwiek mieć będzie. Posiada władzę ludzkich serc, miłości współtowarzyszy, lojalną i oddaną drużynę. Trzystu. Swoich „rycerzy okrągłego stołu”. Tacy sami, silni, sprawni, nieustraszeni. Razem mogą wszystko. Zwycięstwo już się dokonało, gdy utworzyli zwarty, nierozerwalny mur. Lojalność i odwaga. Sparta. Czy kiedykolwiek istnieli? To nie ma znaczenia. Mit o braterstwie wojennym istniał wcześniej.

Taki jest bowiem porządek świata: bohater zawsze zwycięża a jego drużyna zawsze jest mu wierna- Robin Hood i banici z Sherwood, Generał Maximus i jego gladiatorzy, William Wallace i dzielni Szkoci, Artur i Rycerze Okrągłego Stołu. Tylko zdrada może ich pokonać. Ale zdrada także wyznacza porządek świata. Bohater dlatego jest bohaterem, że w końcu ginie. Ideały, które głosi i dla których umiera nie mogą być chlebem powszednim, bo nie byłyby tak pożądane. Są tym do czego się dąży, a każda epoka panowania króla-bohatera urasta z czasem do miana złotego wieku. Nic nie trwa wiecznie. Taki jest porządek świata. Zawsze znajdzie się zdrajca. Taka jest prawda o ludzkości.

Dlatego 300 nie przeraża mnie swą brutalnością. Lubię jego surowość, prostotę i odbywającą się na ekranie walkę niewielu dla dobra wielu. Wzrusza mnie jego przesłanie, czuję się silniejsza po jego obejrzeniu, pełna wiary w możliwości człowieka. Nawet jeśli król umiera. Bo przecież mit wciąż jest żywy. Mit, dotąd koślawy, napuszony i sztuczny, powraca do kin w wielkim stylu.

1300, reż. Z. Snyder, USA, 2007. W polskiej wersji językowej nosi on nazwę 300 Spartan, ale pozostanę przy tytule oryginalnym, gdyż jego lapidarność wydaje się być znacząca dla sensu dzieła.

2 Przywołuję filmy: Troja, reż. W. Petersen, USA 2004; Aleksander, reż. O. Stone, USA/Wielka Brytania/ Niemcy/Holandia, 2004; Gladiator, reż. R. Scott, USA/Wielka Brytania 2000; Król Artur, reż. A. Fuqua, USA/Irlandia 2004. Z pewnością realizacji tych w ostatnim czasie było więcej, te jednak są dla mnie najbardziej reprezentatywne ze względu na reżyserów, wysoki budżet, obsadę i promocję.

Czas Fantastyki, nr 4, 2007.