Sprawa pani de Clèves

Literatura cała składa się z tropów i powtórzeń. Kilka jest tylko rzeczy oryginalnych, wokół których krążą kolejne kopie i satelickie pomysły. Czasem zachwycają swoją formą, czasem jakimś innym niespotykanym odczytaniem, zazwyczaj w nurcie modnym czyli wchodzącym właśnie w orbitę zainteresowań. Lubię na przykład reinterpretację mitów, taką Penelopiadę Margaret Atwood, gdzie w końcu Penelopa zabiera głos. Mam wielką ochotę napisać, że literatura skończyła się na mitach, a cała reszta jest jedynie tych mitów rekonfiguracją, w duchu epoki, stylu, potrzeb literackich odbiorcy, ale nie wiem, czy to prawda, więc zmilczę.

Z tych nieśmiertelnych toposów literackich jednym z moich ulubionych jest opowieść o „niewinności w opałach”, a przykładem „Księżna de Clèves”, napisana przez Marie de la Fayette, wydana anonimowo w 1678 roku i uznana za prekursorską powieść psychologiczną. Tylko Francuzi (i Rosjanie) mogą opierać swoją wielką literaturę o powieści miłosne, nie dziwi więc, że rzecz dzieje się na francuskim dworze w wieku XVI, za panowania Henryka II. Ale pomimo królewskich person, „Princessa de Clèves” nie jest powieścią historyczną, rozgrywa się bowiem w gronie trójki bohaterów: pani de Clèves, pana de Clèves i pana de Nemours. Czym różni się ten miłosny trójkąt od innych? Zajrzyjmy za zasłonę tego świata.

Oto dwór królewski, a ambicja i miłostki były duszą tego dworu i zaprzątały po równi mężczyzn i kobiety. Tyle było rozmaitych interesów i intryg, a damy tyle miały w nich udziału, że miłość była zawsze spleciona z interesami, a interesy z miłością[i]. Jakież to francuskie, chciałoby się rzec, gdyby nie było bardzo ludzkie zarazem. Młoda panna de Chartres wychodzi za mąż za szanowanego, choć starszego od niej pana de Clèves, oświadczając matce że zaślubi go nawet z mniejszą odrazą niż kogokolwiek innego, ale nie czuje żadnej osobliwej skłonności do jego osoby. Dobrze wychowana panna wie, co winna matce i rodzinie, i nie spodziewa się w tym siedlisku interesów splecionych z miłością doświadczyć jakiegokolwiek głębszego uczucia. Właściwie sytuacja wyjściowa jest jasna, starszy mężczyzna zakochany i rozsądna decyzja panny. Ślub się odbywa, ale pan de Clèves nie spostrzegł, aby panna de Chartres zmieniła uczucia ze zmianą nazwiska.

Oto pierwsza sytuacja tragiczna. Zakochany w swojej żonie pan de Clèves będąc jej mężem, nie przestał być jej kochankiem, ponieważ zawsze czegoś musiał pragnąć poza jej posiadaniem; i, mimo że żyła z nim bardzo dobrze, nie był zupełnie szczęśliwy. Pragnienie by zdobyć rękę kobiety nie zaspokoiło roszczeń małżonka, bo chciał też by go kochała. Może był zbyt niecierpliwy, wszak miłość często pojawia się z czasem, jak głosi ludowa mądrość. Sytuacja wygląda jednak inaczej: pan de Clèves, osoba o miłej powierzchowności nie wzbudza żywych uczuć swojej żony dlatego, że nie ma ona pojęcia czym miłość jest. Małżonek może się więc jedynie łudzić, lub mieć nadzieję, że kiedyś jego sytuacja się zmieni.

Ale tu następuje drugi zwrot akcji. Na balu (sic!) pojawia się pan de Nemour i z miejsca zakochuje w młodej pani de Clèves, a miłość pana de Nemours do pani de Clèves była zrazu tak gwałtowna, że zatarła w nim smak, a nawet pamięć wszystkich osób, które kiedy kochał. Znamy ten schemat rodem z Romeo i Julii. Sytuacja jest może trudna, ale przecież nie tragiczna. Zapowiada się płomienny romans, lecz bohaterka nie zachowuje się tak, jak byśmy się spodziewali, bo od samego początku unika schlebiającego jej młodego księcia. Owszem, nie jest jej obojętny, ale nie czyni nic by mu to okazać. Na łożu śmierci matka daje swojej córce surową reprymendę, która stanie się moralnym testamentem młodej księżnej: jesteś na skraju przepaści; trzeba wielkich wysiłków i wielkiej mocy, aby się zatrzymać. Pomyśl, co jesteś winna mężowi; pomyśl, co jesteś winna samej sobie i pomyśl, że możesz stracić ową dobrą sławę, którą zdobyłaś i której tyle pragnęłam dla ciebie. Miej siłę i odwagę, moja córko, (…) nie lękaj się powziąć zbyt twardych i trudnych postanowień, choćby ci się zdały zrazu najokropniejsze: łagodniejsze będą w skutkach niż opłakane miłostki.

O czym jest historia pani de Clèves? Czy o zdradzie, miłości, namiętności? O upadku kobiety, czy o jej walce o swoją godność? Pozornie wydaje się, że to historia miłosnego trójkąta, zazdrosnego męża, cierpiącego z niespełnienia kochanka i kobiety pomiędzy nimi, która próbuje jakoś z tego wybrnąć z twarzą. Ale dla mnie najważniejszym zdaniem matki jest to o szacunku do samej siebie i podejmowaniu trudnych decyzji. W powieści Marii de la Fayette nie chodzi bynajmniej o to, czy pani de Clèves zdecyduje się zdradzić męża z innym. Chodzi o pryncypia i zasady, o wartości na których świadomie opiera się swoje życie. I o podejmowanie niepochlebnych i trudnych dla siebie decyzji. Powie ktoś, że uczciwość wobec własnych pragnień jest równie ważna, że poświęcanie się nie ma sensu, że powinna iść za odruchem serca, bo przecież się zakochała, chciała tego pana de Nemours i jeśli go sobie odmówiła to idiotka z niej i tyle. Że miała takie samo prawo do miłości, przyjemności i seksu jak on. Teoretycznie tak, w praktyce nie.  Ktoś inny zauważy, broniąc pana de Nemours, że kochał ją jak szalony! Wariował dla niej, odstawił wszystkie dawne kochanki, schudł i zmizerniał. Nie nagabywał jej, szanował jej zdanie, nie zdradzał swojego przywiązania by jej nie szkodzić. A ona niewdzięczna wciąż odmawiała szczęścia jemu i sobie, popadając przy okazji w miłość jak w chorobę. Gdy w końcu, u skraju sił zwierzyła się mężowi ze swojego kłopotu, zdobyła jego szacunek, ale zaraz potem pojawiła się zazdrość. Teoretycznie postępowała prawidłowo, w praktyce płaciła za nie swoje błędy.

Zapis walki pani de Clèves o to, by nie okazać zainteresowania wybranemu mężczyźnie, by się nie zdradzić, nie przekroczyć granicy może wydawać się niezrozumiały, ale z czasem widzimy jego sens. Książka pani de la Fayette to historia miłosnych gier, w które zaplątała się nienauczona ich kobieta. Mąż, który pragnie posiadać i duszę i ciało, który prosi o miłość, wzbudza w czytelniku szacunek swym cierpieniem, nawet wtedy gdy popada w jakże przewidywalną zazdrość, na którą jego żona nie zasłużyła. Kochanek, który pragnie i nie może otrzymać, który zapada się z niespełnionej miłości, wzbudza w czytelniku współczucie, nawet gdy waży się na szalone działania, szkodzące małżeństwu bohaterki. A bohaterka, która od samego początku jest bez szans, musi być odpowiedzialna za nich wszystkich. Żelazna konsekwencja pani de Clève właściwie nie imponuje, bo okupiona jest takim cierpieniem, że czytelnik w trakcie lektury ma ochotę zakrzyknąć: ulegnijże kobieto i daj żyć!

Ale ona tego nie robi. Maria de la Fayatte pokazuje kobietę, która nie może pójść za głosem serca, czy raczej za głosem swojej waginy, bo nie zostanie jej to wybaczone i dobrze o tym wie. Świat dworu francuskiego jest jak francuska choroba przenoszona drogą płciową. Raz wdepnąwszy, nawet z najpiękniejszych pobudek, z wielkiej miłości, nie sposób wyjść nieskalanym. Pani de Clève zna prawdę o „naturalnej” nierówności w moralności, o wyobrażeniach rozpalających głowy bliźnich, o sile plotki, chwilowej sensacji, kibicowaniu w miłości tak zwanych przyjaciół. Nie ma złudzeń co do ludzkiej życzliwości. Wie też o męskiej niestałości, o znudzeniu, o syndromie don Juana, gdy odmawia swemu ukochanemu po raz ostatni: Kochałeś już wiele razy, będziesz kochał jeszcze; przestałabym być twoim szczęściem, ujrzałabym cię dla innej takim, jakim byłeś dla mnie. Zadałoby mi to śmiertelny ból; nie jestem nawet pewna, czy nie popadłabym w niedole zazdrości. To taki manifest niczym z bajki Krasickiego o dzieciach i żabach: „dla was to igraszka, nam idzie o życie!” Pani de Clèves nie ma więc wyboru, by zachować integralność, by się nie rozsypać psychicznie nie może słuchać jednych potrzeb a zagłuszać inne, nie może nie myśleć o konsekwencjach swojego działania, musi zapłacić za spokój swoją własną monetą. Jest wobec siebie bezlitosna. Jest zdyscyplinowana, bo nie ma wyjścia.

W przeciwieństwie do Romea i Julii, „Księżna de Clèves” to historia o dorosłych, o słabych mężczyznach i silnej, wbrew sobie, kobiecie. Zaufanie do siebie i kontrola nad własnym życiem dają jej poczucie bezpieczeństwa i sprawczości. A kiedy wygrywa, choć poraniona i nieszczęśliwa, wzbudza mój wielki szacunek. Za wykazanie charakteru, za żelazną dyscyplinę, za życie według swoich zasad i swoich wartości. Pomimo upływu czasu role społeczne są wciąż niezmienne. Teoretycznie jesteśmy równi, w praktyce mężczyzna zdradza, kobieta się puszcza. O tym samym jest powieść Emily Brontë „Jane Eyre”. Tylko że Jane podejmuje inną decyzję, a autorka oszczędza ją i wynagradza za odwagę i stałość. O nieudanym zakończeniu takiej historii opowiada „Anna Karenina” Lwa Tołstoja. Kinową wariacją tego tematu jest film „Once”z 2006 roku, w reż. Johna Carneya, a współczesną adaptacją Księżnej de Clèves – „Wierność” (La fidélité) Andrzeja Żuławskiego z 2000 roku. Jest zatem tak, jak pisałam na początku. Niektóre motywy, te najważniejsze, krążą w nieskończoność w kolejnych odsłonach i konfiguracjach, bo kobiece i męskie widzenie miłości, wynikające z uwikłania w role społeczne, jest nieustannie źródłem cierpień.

[i]     Wszystkie cytaty z „Księżnej de Clèves” pochodzą ze strony: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/ksiezna-de-cleves.html

Reklamy

Tajemnice rodu Brontë

Fenomen rodziny Brontë, ponadczasowy, nieustający, niezaprzeczalny to nic innego jak fenomen potrzeby mitu, legendy i formuły, w którą można ubrać wymykające się zjawisko literackie jakim była twórczość Actona, Ellisa i Currera Bellów. Utwory opublikowano po raz pierwszy w latach 1847 – 1855, przy czym w 1857 ukazało się pośmiertnie wydanie Profesora Currera Bella. Z rozmysłem nie pisze o nich jako o siostrach, kobietach, pisarkach z rodu Brontë. Po lekturze książki Eryka Ostrowskiego Charlotte Brontë i jej siostry śpiące nic bowiem nie jest tak pewne jak kiedyś.

Kiedyś wszystko było prostsze. Emily napisała Wichrowe Wzgórza, Charlotta Dziwne losy Jane Eyre, potem pojawiła się jeszcze w polskim przekładzie Villette najstarszej siostry. Inne powieści: Shirley, Profesor Charlotty Brontë oraz Lokatorka Wildfell Hall i Agnes Grey Anny Brontë nie zostały przetłumaczone i nie można się było rozkoszować lekturą. Zmieniło się to w ostatnich latach, wydawnictwo MG postanowiło wydać w Polsce wszystkie utwory sygnowane nazwiskiem Brontë oraz pracę Eryka Ostrowskiego – krytycznoliterackie studium twórczości.

Przez wiele lat polski czytelnik nie miał wątpliwości, kto jest kim w rodzie Brontë, bo rozpisane przed laty role zakorzeniły się w umysłach czytających i badaczy. Obydwie pozycje biograficzne o Brontëch, czyli Na plebanii Haworth Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (1990) i Siostry Brontë Ewy Kraskowskiej (2006) musiały wystarczyć polskim fascynatom córek pastora. Oczywiście Anglosasi zajmujący się tą twórczością mnożyli wątpliwości, podważali i dociekali, jednak do polskiej myśli literaturoznawczej niewiele się przedostawało, badacze okresu romantyzmu nie zajmują się bowiem powieścią wiktoriańską (co się rozumie samo przez się, skoro w podobnym czasie tworzył wielki Mickiewicz i nie mniej wielki Słowacki). Ale i polska proza tamtego okresu jest przez historyków literatury często traktowana po macoszemu, podobnie bowiem postrzegana była przez współczesnych. Literaturoznawcy niechętnie zajmują się prozatorskimi utworami realistycznymi/psychologicznymi tego okresu. Zupełnie zapomniane są dziś słynne powieści obyczajowe Józefa Korzeniowskiego z połowy XIX wieku, takie jak Spekulant (1845) czy Kollokacja (1846). Najłagodniej czas obszedł się z dorobkiem Józefa Ignacego Kraszewskiego, jednak jego wczesne utwory z okresu wołyńskiego, czyli Całe życie biedna z 1840 roku i Milion posagu z 1847 nie funkcjonują w powszechnym odbiorze romantyzmu w Polsce. Z Kraszewskim kojarzona jest natomiast jego proza z lat `80., z cyklu saskiego czy historii Polski, albo wcześniejsze utwory z cyklu ludowego jak Ulana z 1842, bądź Chata za wsią z 1855.

Oczywiście poza mężczyznami prozę pisały też w połowie XIX wieku polskie kobiety, choć im trudniej było się przebić, a może nie starczyło talentu. Najsłynniejsza polska pisarka tamtego czasu, Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, tworząca w latach `30 i `40, która podobnie jak Brontë utrzymywała się z pracy twórczej i była nauczycielką na pensji dla dziewcząt, jest absolutnym przeciwieństwem buntu i potrzeby niezależności – dwóch sił twórczości Charlotty Brontë. Hoffmanowa uwielbiała pracę nauczycielki, wychowawczyni, pisała książki dla dzieci, wizytowała pensje dla młodych panien. Jednak nie miała w sobie ducha walki i ognia niezgody jaki cechuje Wichrowe wzgórza czy Jane Eyre. Ale już Narcyza Żmichowska, autorka Poganki z 1846 roku, guwernantka, uczennica Hoffmanowej, zagorzała emancypantka studiująca na Sorbonie i zaangażowana w świadome nauczanie dziewcząt, wyrastała z tego samego nurtu wczesnego feminizmu co Charlotta. Ale kto o Żmichowskiej w Polsce słyszał? Studenci polonistyki i działacze LGBT.

Wracając do tajemnicy Brontë. Eryk Ostrowski w swojej książce przedstawia hipotezę, za kanadyjską badaczką Michele Carter (Charlotte Brontë’s Thunder: The Truth Behind The Brontë Sisters’ Genius, Vancouver, 2011), iż autorką wszystkich powieści sygnowanych nazwiskiem Brontë czy pseudonimem Bell jest jedna osoba: Charlotte Brontë. Teza to karkołomna i kiedy się czyta początkowe fragmenty pracy odnosi się wrażenie, że ktoś tu chce na sensacji upiec ciasto krytyczne. Niekiedy poczucie nadinterpretacji jest tak silne, że powoduje w czytelniku westchnienie i brak poważnego traktowania wywodu. Z czasem jednak, zwłaszcza w części dotyczącej autorstwa Wichrowych Wzgórz argumentacja wydaje się sensowna. Ostrowski podaje za innymi badaczami, iż książka mogła powstać w kooperacji siostrzano -braterskiej, Charlotty i Branwella. Pisze bardzo przekonująco o więzi jaka istniała między rodzeństwem, odtworzonej na polu emocjonalnym w Wichrowych… O męskim autorstwie powieści mówiono wielokrotnie wcześniej, więc nie jest to zupełne novum. Podważanie autorstwa Emily, która nie wydała poza poezją żadnej książki a do tego jej wczesne utwory zaginęły, ma więc racjonalne przesłanki. Bo przecież pisarz by się rozwijać, musi pisać. A pisali od zawsze Charlotta i Branwell. Z drugiej strony jednak iluż jest autorów jednej powieści, jednego bestselleru? Z kolejnej, powieść ta ma ewidentnie inną poetykę, ale czy mało jest debiutów literackich różniących się od reszty twórczości?

Także uzasadnienie finansowe, czyli przypisania książek trzem autorom kryjącym się pod pseudonimami: Currer, Ellis i Acton Bell – dzięki czemu każda z sióstr miałaby zapewnione dochody z tantiem pisarskich, nie wzbudza we mnie zastrzeżeń. Nie tylko dlatego, że jak pisze Ostrowski podobny zabieg rozdzielenia majątku zastosowała Charlotta w Jane Eyre. W przypadku sytuacji rodziny z plebanii Haworth dochód pozwalający żyć spokojnie w sytuacji śmierci ojca, bez konieczności pracy w charakterze guwernantek był dla sióstr rozwiązaniem idealnym. To solidarność, czy raczej sprawiedliwe rozdzielenie ról w rodzinie – jedna pisze, bo umie, inne się podpisują by zabezpieczyć interesy w razie śmierci ojca. To wiek XIX, kobiety niewiele mogą w sferze materialnej. Ten zabieg przypomina współczesne zapisywanie samochodu na matkę, sklepu na żonę a domu na córkę, by w razie bankructwa firmy coś zostało.

Trudno bowiem mi uwierzyć, nawet przy najlepszych chęciach, zupełnie poważnie i z zachowaniem dystansu, by w jednej rodzinie pojawiły się trzy tak zdolne pisarki. Ostrowski dużo pisze o potrzebie legendy, o wykreowaniu przez Charlotte mitu piszących sióstr, o zabezpieczaniu tej informacji i pilnowaniu by nikt nie odkrył tajemnicy. Bo przecież pierwsi czytelnicy i pierwsi wydawcy, nie nasiąknięci jeszcze legendą mówią wprost: autor jest jeden. Książki pisze jedna i ta sama osoba. Być może zatem tak trudno nam uwierzyć, że tylko Charllota pisała, bo cała rodzina Brontë jest dla nas owiana silną legendą, mocno zmitologizowana, tak przywykliśmy do myśli o delikatnej Anne, silnej Emily i zbuntowanej Charlotte, że nie sposób już myśleć o nich w pierwotnych kategoriach po prostu osób, kobiet, mieszkanek plebanii, bez całej tej „opowieści”. To właśnie, że nie chcemy wierzyć pierwszym odbiorcom dzieł, którzy mówią o podobieństwie poetyk, wydaje mi się chciejstwem czytelników. Legenda jest przecież tak piękna, romantyczna, smutna, buduje taki „klimat” wokół powieści, odpowiada na nasze potrzeby tajemniczości, geniuszu, grozy, niesamowitości i doskonale się spisuje. Charlotte jako guwernantka, czyli Jane Eyre, Emily jako okrutna Katarzyna z Wichrowych, delikatna Anne jako Agnes Grey. Wszystko nam się zgadza, układa, pasuje. Nie odróżniamy fikcji od rzeczywistości, biografii od literatury, bo chcemy by tak właśnie pozostało.

Ostrowski obnaża to nasze pragnienie zachowania legendy, choć sam ulega mieszaniu życia i fikcji. Silny biografizm jaki autor stosuje w interpretacji powieści wydaje mi się miejscami nieadekwatny. Nie wówczas gdy próbuje zbudować profil psychologiczny Charlotty, ale w dopasowywaniu wydarzeń z życia pisarki do fabuł powieściowych. Twórca jest twórcą, czerpie z doświadczeń emocjonalnych ale nie zawsze ze zdarzeń w których uczestniczył. Ostrowski, jakkolwiek pisze zajmująco owemu chciejstwu ugruntowania tezy na spekulacjach niekiedy niestety ulega. Co jednak nie umniejsza pracy, którą wykonał. Choć jednocześnie wydaje się, że fragmenty dotyczące biografii sióstr zbudował na pracy Anny Przedpełskiej – Trzeciakowskiej.

Można więc tę książkę przeczytać i ulec czarowi rozwikłania tajemnicy, ale można też zignorować, wnosi bowiem nowe światło, które nie każdemu odpowiada. Czyni to ponadto nie zawsze w tonie rzetelnej krytyki literackiej, lub po prostu w duchu krytyki eseistycznej. Dużo tu domysłów, spekulacji, przypuszczeń, wątpliwości, mniej konkretnych faktów, choć trzeba oddać sprawiedliwość Ostrowskiemu, że się do tego szczerze przyznaje. Czy książka wywoła rewolucję w badaniach literackich, która każe nam podpisywać Lokatorkę z Wildfeld Hill czy Wichrowe wzgórza nazwiskiem Charlotty Brontë? Nie sądzę, nie udało się z Szekspirem, choć udało się z Polidorim i Wampirem przypisywanym początkowo Byronowi. Skądinąd Polidori sam zadbał o to, by autorstwo wróciło do niego. Jakiż bowiem byłby kłopot odebrać dziś genialnemu, legendarnemu Byronowi pierwszego nowożytnego wampira? Czy ktoś by uwierzył, że autorem nie jest Byron, ten Byron? Czy ktoś uwierzy, że autorem nie jest Emily Brontë? Ta Emily?

 E. Ostrowski, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące, mg, Kraków 2013.