Zarządzanie intymnością. Twardoch i Knausgård

Pisanie jest zawsze obnażaniem. Pisarz to ekshibicjonista. Ci, którzy chcieliby pisać ale boją się pokazać siebie, muszą zrezygnować z jednej opcji. Albo z pisania, albo ze strachu.

Przełamanie lęku wcale nie musi oznaczać pełnej otwartości. Intymność może być przez pisarza dozowana. Może on wręcz zarządzać intymnością, obierać strategie, wskazywać trendy.

Jak Twardoch.

Jak Knausgård.

W dzienniku „Wieloryby i ćmy”, Szczepan Twardoch pokazuje nam siebie przez intelektualny dyskurs. Karl Ove Knausgård, w autobiograficznej prozie „Moja walka”, funduje nam emocjonalny striptiz. Obaj się sobie przyglądają z perwersyjną ciekawością, lecz każdy na swój własny sposób.

Wszystkie „sprawy świata tego” zawarte w dzienniku Twardocha: książki, inni pisarze, myśli i idee budują jego obraz jako kogoś niezmiernie interesującego, ale odległego. Śląski, warszawski, marokański mikrokosmos, Spitsbergen, podróże, przyjaciele i piękne nieznajome kobiety na warszawskiej ulicy wypełniają kolejne strony książki, definiując autora jako obserwatora świata. Fascynata drobnych przyjemności w codzienności. Ale to także świat imaginacji, transgresji i tematu potencjalności, stale pojawiającego się w tekście: „interesuje mnie to co być mogło, a nie to co rzeczywiście było” (Twardoch s. 140). W tym kontekście rozpoczęcie książki narodzinami syna, czyli nowym życiem/wielkim otwarciem, jest zapowiedzią przewodniego motywu człowieka przyglądającego się światu.

Ale świat dzienników to także świat ocenzurowany.

Autor nie pokazuje się ani razu w sytuacji niekontrolowanej. Nie pisze dla siebie samego, tak jak tworzy się zazwyczaj dziennik, bo sam siebie chroni cały czas. Nie ma tu żadnej sytuacji żenującej, wstydliwej, nawet gdy czytamy „jestem głupi”, „nic nie wiem”, czujemy że to kokieteria, przekora, że to takie jednak mądre, iż autor czuje pokorę wobec toczącego się obok i w człowieku świata. Czytamy bardzo dużo słów o myśleniu, spostrzeganiu, analizowaniu, ale niewiele o emocjach, uczuciach, nawet w sytuacjach i dialogach z synami. Widzimy ojcowską bezradność ale i dumę wobec mądrości dziecięcej. I potencjalność, która się otwiera w związku z ich dorastaniem.

Twardoch nie decyduje się na pełne odkrycie, nie pokazuje tekstów sprzed 2007 roku. Ma do opowiedzenia bardzo istotną i osobistą historię, ważną też pokoleniowo. Historię o zmianie swych poglądów, o zmianie stylu pisarstwa, o dojrzewaniu do artystycznej drogi. O stawaniu w opozycji do siebie samego. Interesujący moment transfiguracji, zmagania się z tym co dotychczas, przeistaczania się. To osobiste doświadczenie jest niczym opowieść o drodze inicjacyjnej a „Wieczny Grunwald” staje się próbą bohatera. Jako czytelnika „Dzienników” interesuje mnie ten właśnie moment biografii. Interesuje mnie JAK to się stało, że pisał średnio dobre książki a potem stał się doskonałym, europejskiej klasy pisarzem. Kiedy i jak wydobył z siebie ten talent, ten niezwykły nieprzeciętny zasób wrażliwości, umiejętności w opisie świata. Chciałabym by się tym podzielił, by to odsłonił, pokazał, ale tak się nie dzieje. Omija całą epokę, udaje że jej nie ma, że nie ma tego autora sprzed „Wiecznego Grunwaldu”, zaangażowanego, buńczucznego, gadającego bzdury, piszącego książki poniżej swojego poziomu. Ale rozumiem go.

To intymna historia narodzin i należy tylko do niego.

Rzecz prywatna, osobista, prawdziwie dziennikowa, nie kreacyjna, nie literacka. Podzielenie się tym byłoby aktem odwagi a nawet pewnego szaleństwa, wystawienia się na żer, odsłonięcia podbrzusza. Nie każdego stać na prawdziwy ekshibicjonizm i nie każdy go chce. Odarcie się z formy pieczołowicie budowanej, skrupulatnie układanej musi znamionować jakiś rodzaj autodestrukcji, której Twardoch zwyczajnie nie ma. Bo ta otwartość jego „Dzienników”, pewna wylewność intelektualna jest wiwisekcją pozorną, przemyślaną strategią, wierzchołkiem góry lodowej, której autor w całości nie pokaże nigdy. A z pewnością teraz nie jest na to gotowy.

Dlatego autokreacja dzienników nie podoba się tak wielu czytelnikom. Wielka narracja o życiu nieprzeciętnie wrażliwego i inteligentnego mężczyzny, gdzie KREACJA wyłazi nachalnie z ram książki i czujemy jej szwy. Skrupulatnie przejrzany dziennik daje nam bezkrwistą, emocjonalnie wypraną postać, która nie popełnia błędów i nigdy nie jest idiotą. Twardoch z wielkim mozołem buduje sobie w „Dziennikach” postać Pisarza. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież jego warsztat, pracowitość, talent, wizja, myśl w zupełności mu to budują. Popada przy tym w megalomański samozachwyt, który wszyscy mu teraz wypominają. Ale wszak czytali te teksty wcześniej na autorskim profilu Facebooka i w internetowej wersji dziennika, zdjętego z sieci kilkanaście miesięcy przed publikacją książkową. Czytali i klikali „lajki”. Sama klikałam. Co jednak jest dobre w „fejsbukowym” poście, nie zawsze zagra w druku. I to jest chyba właśnie ten przypadek. Druk wciąż jeszcze znamionuje inny rodzaj intymności, być może wynikły z fizycznego spotkania czytelnika i książki.

I w taki sposób ta zaplanowana twardochowa „intymność” staje się rodzajem nieszczerości, w przeciwieństwie do pisarstwa Karla Ove Knausgårda, który jest wariatem innego rodzaju. Choć nie decyduje się na dziennik tylko powieść autobiograficzną, to przez metodę pisarską jaką stosuje jego książka ma siłę rażenia tornada. W swojej metodzie twórczej staje się wręcz nieprzyzwoity, przekracza ustalone granice intymności. Nie czuje się w tej książce redakcji, skrupulatnego wybierania tekstów do druku, wręcz przeciwnie, dominuje pewna niezgrabność, chropowatość, nierówność fragmentów nudnych i fascynujących, spontaniczność zapisu myśli, uczuć i wspomnień, które generują u czytelnika silne emocje. Choć nie sądzę, by nie redagował jej zupełnie, to jednocześnie odnoszę wrażenie że nie mógł mieć pełnej kontroli nad rzeczą, która ma sześć tomów, a każdy z nich po 600 stron.

W przeciwieństwie do autora „Dracha”, który zaczyna swój tekst od narodzin syna – symbolicznego i fizycznego opisu życia, autor „Mojej walki” wita nas opisem śmierci i rugowania umierania z życia społecznego. Nota bene to temat też bliski Twardochowi, który przecież powtarza, że należy często myśleć o śmierci. Tuż za dywagacją o naturalności entropii pojawiają się u norweskiego pisarza dzieci, w bardzo sugestywnym opisie nieopanowanej złości na potomków, ich męczącej dziecięcości, dręczących pytań i chaosu jaki wprowadzają w życie. To zderzenie życia i śmierci, niepoprawność i brak autocenzury powoduje, że czytelnik już na pierwszych stronach doznaje poczucia emocjonalnego obnażenia autora, co wprowadza silny dyskomfort u odbiorcy. Czytając, zanurzamy się głęboko w życie pisarza, bez maski tlenowej, bez chwili wytchnienia. Intymność, którą nam ofiarowuje, inicjuje poczucie uczestniczenia w życiu bliskiej osoby. Niepokój, który zostaje po lekturze, nie chce nas opuścić, nie odnajdujemy swojej „strefy komfortu”, pozostając przez długi czas w świecie wyobrażonym. Ta książka nosi więc w sobie wielki potencjał terapeutyczny nie tylko dla autora, ale również dla czytelnika. Uczestnicząc w jego nachalnym przeżywaniu siebie, przeżywamy też silnie własne niepokoje, zapomniane lęki lat młodzieńczych, stare niezabliźnione rany, by na koniec, umęczeni, doznać rodzaju literackiego katharsis. Czytając o klęskach bohatera, patrząc na jego straty, czujemy się niczym w starożytnym teatrze, gdzie aktor-Karl Ove odgrywa przed nami nasze lęki.

Być może dlatego prawdziwym Tematem Knausgårda nie jest życie pisarza czy „jego walka” ale właśnie obnażenie całkowite, możliwe w sytuacji skrupulatnego zapisu sytuacji i stanów emocjonalnych. Pokazując się w ułomności, w młodzieńczej głupocie i samotności stawania się sobą, autor całkowicie i świadomie pozbawia się bezpiecznego dystansu.

Gdyby ta książka nie była tak sprawnie napisana, mogłaby stać się przykładem totalnej prozy grafomańskiej, lawiny autoopisu. Ale Knausgård unika tego dzięki posłużeniu się swoim życiem jako rodzajem kanału komunikacyjnego z czytelnikiem w dyskursie o intymności. Pisarz chce się spotkać w całkowitej szczerości siebie, traktuje siebie jako tworzywo pisarskie, jako rodzaj materii. Nie posiada wstydu ale nie tworzy też znanej formy. To raczej komunikat: nie mam nic do ukrycia, pokazałem siebie w głupocie i w małości, w zacietrzewieniu i w pretensjonalności, bo tylko takim rodzajem intymności mogę mówić prawdę o człowieku.

Ten rodzaj pisania o sobie jest zupełnie odmienny od taktyki stosowanej przez Twardocha. Twardoch to grzeczna niegrzeczność, Knausgård to programowa samotność. Autor „Morfiny” zaznacza w dzienniku, że pisarz pracuje cały czas, bo wciąż i stale przygląda się sobie i światu, ale w obliczu prozy Knausgårda, jego bezwzględności wobec siebie i tej wściekłej wersji intymności, dziennik Szczepana staje się po prostu zbiorem esejów. Lub też, rodzajem gatunkowej sytuacji à rebours, w której dziennik jest rodzajem powieści a powieść intymnym wyznaniem o cechach dziennika.

Sz. Twardoch, Wieloryby i ćmy. Dzienniki 2007-2015, WL, Kraków 2015.

K.O. Knausgård, Moja walka. Księga 1, WL, Kraków 2014.

Reklamy

Miłoszewski a kompleks polski

Dziś o kryminale, Zygmuncie Miłoszewskim i o jego miejscu w kulturze polskiej. Tym, które sam chce zajmować i tym, które mu proponują.

Po pierwsze to bardzo ciekawe jaką drogę przeszły w ostatnim czasie kryminały. Nie tyle w rozwoju gatunku, choć i tu sporo się działo, ale w naszym o nich myśleniu. W naszym powszechnym rozczytywaniu się w powieściach kryminalnych, osobliwie skandynawskich ale i polskich, w tych nonszalanckich i na poły nihilistycznych wyznaniach przy kawie, w drodze do kina, w telefonicznych plotkach, że „ostatnio czytam tylko kryminały, literatura mnie nudzi”, „nie ma nic ciekawego do czytania, zostały mi kryminały”, „jestem taka zmęczona, że mogę czytać tylko kryminały”. I czytamy, a nawet kupujemy, ale wciąż pokątnie, niechcący, w zawstydzeniu. Jakbyśmy nie pamiętali, że kryminały pisał Dostojewski, za pieniądze i na termin. Jakbyśmy się tłumaczyli z tego czytania, kajali, przepraszali. Jakbyśmy mieli wdrukowane, że literatura to absolutnie nie to samo co przyjemność, że radość z lektury to grzech, że ona nie może nas wciągać, angażować na cały wieczór, bo ma męczyć, ma dręczyć, ma nas poruszać dogłębnie i absolutnie, ma zachwycać perfekcją strof a skoro nie porusza to jej czytanie jest niczym jakaś zdrada wielkiej polskiej literatury. I trzeba przeprosić, że się podoba to, co podobać się nie ma prawa – kryminał. Oto ból polskiego inteligenta. Czego dowodem wielka narodowa dyskusja po otrzymaniu przez Miłoszewskiego Paszportu Polityki. Doprawdy, nieporozumienie, przecież to tylko kryminał!

Nasze kompleksy szkolne, że czytać należy tylko „rzeczy ważne”, tylko romantyków, postromantyków, postpostromantyków, poezję polską, laureatów Nobla, NLG i Nagrody Nike, uderzyły w nas właśnie rykoszetem, gdy okazało się, że w głębi duszy chcemy tych kryminałów. Że to one są teraz dla nas jakimś polem odniesienia, jakimś nowym powszechnym polem wyobrażeń. Nie ma nowej prozy polskiej w randze Gombrowicza, do którego wiecznie i niezłomnie wszyscy się odnoszą, ale jest Miłoszewski, ze swoim przesiąkniętym ironią bohaterem, wściekłym na Polskę gminną, nawet jeśli warszawską. Przecież czujemy, że w jakiś sposób to Szacki nam komentuje rzeczywistość, jest bohaterem naszych czasów. Szacki się za nas wk*wia na wszystkie paradoksy i absurdy naszego świata. Miłoszewski więcej mówi o kondycji polskiego inteligenta niż Jakub Żulczyk czy Dorota Masłowska, nie ujmując niczego Ślepnąć od świateł czy Kochanie, zabiłam nasze koty.

Dlatego go czytamy, żeby się przejrzeć w zwierciadle, my, absolwenci szkół wyższych, których nie bawią zabawy słowem i formą w polskiej literaturze współczesnej, bo ich nie rozumiemy, są dla nas za dziwaczne, za trudne, za bardzo przypominają nam szkolnego Gombrowicza, którego co prawda lubiliśmy za wyśmiewanie, ale nigdy do końca nie rozumieliśmy. My, absolwenci, lubimy fabułę, silnego bohatera, historię która jest trochę nasza i trochę obca. Lubimy akcję i napięcie. I żeby ktoś w końcu napisał co nas wkurza, ale nie wprost, nie jako zbiór zjadliwych felietonów, bo to nas nie oczyści, tylko jeszcze bardziej nakręci. My chcemy, żeby autor nasze frustracje wprowadził w świat powieści i żeby dobry, choć nie kryształowy, szeryf zrobił z tym całym bajzlem porządek. Albo chociaż z jakimś przedstawicielem tego burdelu, jakimś naprawdę bardzo złym i brzydkim. Dla nas i za nas. I dlatego czytamy Miłoszewskiego, bo on to wszystko dla nas połączył w jedno.

Więc choć okazuje się, że jesteśmy w jakimś wiecznym zaprzeczeniu, w udawaniu że nie czytamy skoro czytamy, to teraz grzech został z nas zdjęty i można już legalnie się przyznać, bo przecież Miłoszewski dostał Paszport Polityki. Nasza obłuda sięga zenithu bo skoro Ziarno prawdy zostało sfilmowane i to w dodatku przez Lankosza to możemy już w spokoju powiedzieć znajomym, że owszem kupujemy, czytamy, dobre, nawet bardzo dobre. Czujemy się usprawiedliwieni. Czujemy, że się nie zdekonspirujemy brakiem właściwej inteligencji.

I możemy zasnąć spokojnie, bo teraz to już pewne, że Mickiewicz w ciemnym grobie wawelskim nam wybaczy.

Przypadek Twardocha

W tym roku (2013) Szczepan Twardoch ponownie nie dostał nagrody na NLG. Tym razem nominowaną książką była Morfina, „czarny koń” kategorii: proza. Niewielu z jego dzisiejszych wielbicieli pamięta, że w zeszłym roku Twardoch także był nominowany, za zbiór opowiadań Tak jest dobrze. Gdyby nie Paszport Polityki byłby więc mistrzem nominacji. Cała nadzieja w NL Nike.

Poniższy tekst, przedstawiony tu w skróconej formie, napisałam rok temu. Przemysław Rydzewski w najnowszej „Blizie” pisze, że Twardoch stał się pisarzem przy Morfinie. Mnie się jednak wydaje, że wcześniej. Bo jakkolwiek najnowsza książka jest świetna, to przecież jej autor wydał jeszcze Wieczny Grunwald i Tak jest dobrze.

BYĆ JAK SZCZEPAN TWARDOCH

Szczepan Twardoch nie dostał „kostki” za prozę na tegorocznej (2012) edycji Nagrody Literackiej Gdynia. To żaden wstyd przegrać z Magdaleną Tulli i jej Włoskimi szpilkami a mimo to szkoda. Nominacja pokazuje jednak, że Twardoch wyzwolił się już z przestrzeni naznaczonej i stał się po prostu pisarzem, nie pisarzem fantastycznym.

Nie stało się to w Gdyni przy okazji nominacji, lecz wcześniej, gdzieś około 2010 roku, gdy napisał Wieczny Grunwald. Jeszcze nie wydał, ale już napisał, już powstała, już się stała. Twardoch od zawsze wiercił się na gatunkowym krześle, a gdy w końcu z niego zszedł, zaczął przyglądać się światu z bliska. Jeśli stawiał historiozoficzne tezy to tylko w kontekście człowieka uwikłanego w Historię i uwikłanego w Emocje. Dobrze to zrobiło jego pisarstwu, to rozpostarcie skrzydeł, rozprostowanie kości w zastałych schematach. Odchodzenie od ideologii na rzecz literatury wyciągnęło z Twardocha Pisarza. Wieczny Grunwald stał się zapisem zmagań człowieka z przekraczaniem siebie, transgresją twórcy. Czuć w nim posokę, czuć śmierć i odrodzenie, przekształcenie. Można się upierać, że to książka fantastyczna, historia alternatywna, w dodatku wydana w serii „Zwrotnice Czasu”. Ale powiedzieć o niej, że to po prostu fantastyka to jakby ją pomniejszyć, zawęzić, upchnąć do formy, bo przecież fantastyczność jest sposobem nie treścią, drogą nie celem. A Wieczny Grunwald to książka totalna, skończona, ważna, literacko zaskakująca i absolutnie wyróżniająca się spośród prozy, która się wówczas ukazała. I tak nieszczęśliwie, za szybko zapomniana. To najlepsza z rzeczy napisanych dotychczas przez Twardocha i to za nią należą mu się nagrody, a przecież dostał jedynie wyróżnienia. (Gdy piszę te słowa jego Morfina jest jeszcze w zapowiedziach).

W podobnym czasie pisarz złożył tom opowiadań, wydanych przez Powergraph w 2011 roku. Nominowany do NLG zbiór Tak jest dobrze składa się z sześciu tekstów, pozornie tylko bardzo od siebie oddalonych. Łączy je bowiem braterstwo krwi, strachu i samotności. Zapisane przez Twardocha historie dotykają delikatnej materii granic cywilizacji, przypadkowości śmierci, negatywnych emocji i utraty niewinności. W pierwszym odczytaniu są opowieściami o ludziach ułomnych, z jakiegoś powodu bezlitośnie szturchanych przez życie: starego snajpera, ojca ukrywającego się przed córką, dziewczyny zakochanej w szkolnym koledze, fajtłapowatego księgowego, zakompleksionego architekta, samotnego podróżnika. Ale już w trakcie lektury czujemy, że są nośnikami uniwersalnych emocji i lęków, stanów niedopasowania.

Układ poszczególnych opowiadań w tomie wydaje się starannie przemyślany: zamknięta i cykliczna klamra tematyczna śmierć-życie-śmierć, bądź konstrukcja liniowa życie-miłość-śmierć. W pierwszym przypadku opowiadanie rozpoczynające cykl (Gerd) łączy się z ostatnim (Tak jest dobrze) poprzez eksponowany temat śmierci. Historie życia Gerarda i Nikodema dotykają sfery umierania, w wymiarze oczekiwania na śmierć, jej zadawania, kruchości ludzkiego ciała w zderzeniu z wojennym rzemiosłem czy fauną dalekiej Północy. Niejaka dominanta śmierci wystąpi też w drugim opowiadaniu (Ona płynie w moich żyłach), w którym mężczyzna staje się łowną zwierzyną, życie przywilejem a on sam doświadcza prastarego strachu przed nie-byciem.

W przypadku drugiego sposobu interpretowania kompozycji, historia starego snajpera Gerda stanie się zapisem ludzkiej egzystencji wplątanej w Historię. Spoglądaniem wstecz na życie, które jest niczym rewers wielorakiej śmierci. Wobec takiej historii opowieści o miłości, pożądaniu i zniewoleniu staną się alternatywą i odpoczynkiem przed ostatnim tekstem o odchodzeniu Nikodema w dobrowolną śmierć. Opowieść o Nikodemie i Dorocie to także narracja o nagłej śmierci uczucia, przekraczaniu granic między życiem a śmiercią, transcendencji oraz wstępowaniu w niebyt przez szaleństwo i miłość.

Poza takim objaśnieniem najciekawiej jednak rysuje się odczytanie tekstu Twardocha poprzez odwołanie do pojęć-kluczy, wyraźnych toposów, wokół których ogniskują się obszary znaczeń. Pierwszym z nich będzie strach: przed śmiercią, życiem, odrzuceniem, zniewoleniem, samotnością. Bohaterowie tych opowiadań cali utkani są z lęków. Gerd boi się czarnych bogów wychodzących ze wspomnień, Paweł kobiet czyhających na ulicach miasta, Paulina świata wokół, Marek samotności, Włodzimierz matki wszechwiedzącej, Jacek odrzucenia i utraty kontroli a Nikodem życia, gdy traci to, co życiem było. Strach pobudza ich do działania, albo przeciwnie zniewala, jest kodem uciśnienia, albo walki. Odmiany strachu ukazują niezmienną prawdę, że stale żyjemy w lęku, od niego, niczym w rozgwieździe, emanować będą w opowiadaniach Twardocha inne uczucia i stany organizujące świat bohaterów.

Strach będzie towarzyszył agresywnej kobiecości, która pojawi się nie tylko w opowiadaniu Ona płynie w moich żyłach. Przemoc seksualną stosuje Paulina z Masary. Drapieżny seksualizm pojawi się w przypadku doktor Niezgody z Uderz mnie. Słaby mężczyzna i silna starsza kobieta to też układ Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka. Agresję w kontakcie wykorzysta też przyjaciółka Włodzimierza, Kalina. Zarówno Paulina z Masary jak Kalina z Przemian traktują swoje ciało w kategoriach przydatnego przedmiotu zemsty. Seks jest źródłem dominacji w przypadku relacji Niezgody i Jacka Barcza ale może też stać się jedyną drogą do odzyskania własnej tożsamości, wysupłania człowieczeństwa z kłamstwa i formy. To historia Paulina, która dzięki przemocy zakończy cykl odzyskiwania siebie.

Z seksem wiąże się też szerokie pojęcie ciała, w narracji Twardocha obecne we wszystkich opowiadaniach. Ciało może być słabe bądź silne, brzydkie lub piękne, pożądane albo wstrętne, lecz zawsze jest ważne, stanowi źródło emocji i spostrzeżeń. Silne ciało to ciało Gerda, stare, żylaste, przyzwyczajone do trudów podobnie jak ciało podróżnika Nikodema. Nad sylwetką stale pracuje Marek, pokryte tatuażami stanowi jego wizerunek, nosi znak jego życia, buduje tożsamość, dopełnia społeczną rolę muzyka rockowego. Ukrywa też jego nieporadność, dziecięcość, niedojrzałość. Ciało silne i wysportowane ma także Jacek Barcz. Wypielęgnowane, zadbane, odziane w szyte na miarę garnitury ciało nowoczesnego mężczyzny stanowi jego broń i zasłonę. Ubiór stanie się formą, która niczym teatralny kostium stworzy Architekta Barcza. Pozwala narzucić dystans i uległość wobec właściciela, daje siłę i kryjówkę, maskuje jego tęsknoty.

Forma w postaci rzeczy drogich i pięknych pozwala też ukrywać słabe ciało Włodzimierza Kurczyka. Opisy jego fizjonomii i zaniedbania, rozlazłość zewnętrzna łączy się z niezbornością wewnętrzną, jakby ciało odzwierciedlało dyscyplinę duszy, silną lub słabą psychikę, męskość lub niemęskość. Antynomię tę widać też w Gerdzie, w którym stary, silny ojciec ma także wyrazisty charakter a syn o ciele tłustym i białym jest niczym pływająca po morzu życia ameba. Ciało absolutnie zdominuje życie siedemnastoletniej Pauliny, która pragnie „rozebrać się z ciała”. Ogromna soma Pauliny jest przekleństwem. Więzi ją ludzkie spojrzenie, bo ciało w Masarze rozpatruje się w kontekście triady patrzenie-oglądanie-ocenianie. Paulina uwięziona w spojrzeniu, w ocenie, która przynosi upokorzenie i odrzucenie, nie przekroczy progu samoakceptacji, lecz dokona zrzucenia powłoki, znienawidzonej formy słabego ciała.

Kondycja ciała może się też wyrażać w fizycznej niemocy wobec niebezpieczeństwa, lub w jego przełamywaniu, jak w opowiadaniach Ona płynie… i Tak jest dobrze. Wobec natury i nadnaturalnego ludzka cielesna powłoka może nie spełnić oczekiwań bądź przeciwnie, dobra kondycja fizyczna chroni i pozwala uciec. Nikodem wspomaga się bronią i pułapkami, by chronić się przed niedźwiedziem, Paweł po prostu ucieka, by nie zginąć. Słabość ciała w konfrontacji z przyrodą bądź nadprzyrodzonym fenomenem odzwierciedla układ natury: drapieżnik-ofiara. Przynosi także uczucie totalnej samotności w obliczu zagrożenia, konfrontacji z sobą, zanurzenia się w sobie, zastygnięcia. Samotność to kolejne doświadczenie dotykające wszystkich bohaterów Twardocha. Samotny jest stary Gerd i jego niekochany syn, Paweł wśród ruin świata, gruba Paulina i Marek – lokalna gwiazda rocka. Z uczuciem osamotnienia przez całe życie zmagać się będzie rodzeństwo z Dwóch przemian…, architekt Jacek Barcz i Nikodem w podróży przez tundrę Spitsbergenu. Ich samotność będzie jednak uwikłana w kontekst. Odmienne stanie się starcze odosobnienie wdowca Gerda w pamięci czynów, inne wyobcowanie młodej Pauliny w zderzeniu z brakiem akceptacji, zupełnie różna sytuacja Nikodema, który dobrowolnie przyjmuje samotność.

Stan ontologicznej osobności bohaterowie usiłują przełamać na dwa sposoby. Jednym z nich jest świadome ojcostwo. Próbuje tego Gerd, lecz potrafi kochać tylko podobne: silne, mroczne, męskie. Przełamuje więc samotność ojcostwem połowicznym, nikłą, choć nieustającą fizyczną obecnością syna. U Twardocha ojcostwo reguluje porządek świata, inicjuje stałość, dojrzałość i sens. Tak zaczyna się opowiadanie Ona płynie w moich żyłach. W totalnej katastrofie jaka następuje rozpada się nie tylko świat zewnętrzny, załamuje się też naturalny rytm życia, w którym rodzice opiekują się dziećmi, kochają niewinne i słabe. Zderzenie cywilizacji z barbarium pozbawia bohatera jednej z wykładni porządku cywilizacyjnego. Skoro jego dziecko niesie zagrożenie – bycie ojcem jest chorobą śmiertelną. Ojcostwo mogłoby stać się ratunkiem dla Jacka Barcza, gdyby chciał nieskalany, nietknięty złem świat córki za wszelką cenę ochronić. I w końcu ojcostwo ratuje i pogrąża zarazem Nikodema z tytułowego opowiadania Tak jest dobrze. Wędrówka z synem chroni go przed bólem, daje szaleństwo bądź metafizyczną prawdę po to, by wytrwał i znalazł inny sens na końcu swej drogi. Jego mały syn jest świetlistym punktem życia, rozmowy z nim są niczym dotknięcie boskiej cząstki w człowieku. Nikodem bez rodziny jest jedynie samotnym podróżnikiem, zastygłym w bólu, lecz syn niesie mu nowy wymiar egzystencji.

Innym sposobem przekraczania samotności będzie przemiana. Jej duch towarzyszy całemu zbiorowi opowiadań, ale najsilniej zaznacza się w Dwóch przemianach Włodzimierza Kurczyka. To tu wychodzenie z samotności zostało zaznaczone krok po kroku, od zawstydzenia po budowanie pozycji i wpływów. Źródłem przemiany Włodzimierza stało się odrzucenie poczucia winy, którego naturalną konsekwencją jest samotność i wykluczenie. Zastygła lawa winy, która pokryła serce i duszę Włodzimierza ustępuje pod czułym dotykiem kobiety. Kurczyk odradza się i wychodzi ze swojej skorupy, przekracza wdrukowane wzory własnej beznadziejności. Obserwujemy tę niezwykłą konwersję z rosnącym niepokojem, jakbyśmy przeczuwali, że za winę wyzwolenia musi nastąpić kara. Że dostąpić uwolnienia można tylko składając potężną ofiarę. I nie mylimy się.

Podobnie naznaczone samotnością, która jest niczym wina absolutna, jest życie Pauliny. Ogromnej, niezdarnej, niezbyt inteligentnej Pauliny. Jej przemiana rozpoczyna się od podjęcia samodzielnego czynu, naturalna bierność zostaje złamana a źródłem jest chęć zemsty. Ostateczna metamorfoza Pauliny nie oznacza jednak wyjścia poza obszar ciała, bo wciąż to fizjonomia za nią decyduje. Zmienia swój wizerunek, jakby poddała się regułom gry, w której to spojrzenie/widzenie stwarza ludzi. Cała opowieść Pauliny jest niczym traktat o postrzeganiu, o podwójnym życiu tu i wewnątrz, o ukryciu w ciele, które jest obce i znienawidzone. Zmiana fizyczna jest dla Pauliny drogą wyzwolenia, ciało bowiem jest ważne i ma być piękne, wówczas samotność zgaśnie. Twardoch konfrontuje ten punkt widzenia z życiem Marka, który choć dba o swoje ciało, zanurza się codziennie w samotności. Nie przekracza też żadnego progu życia, bo jego egzystencja niejako utknęła w drodze, w punkcie, w którym światem upragnionym jest jakieś dawne uniwersum młodości. Samotność w teraźniejszości inicjuje u Marka agresję. Przemiana, która byłaby ratunkiem, w jego przypadku nie następuje, żaden proces nie może się rozpocząć. Transfiguracja zmusiła by go do konfrontacji, wyrzucenia poza bezpieczną przystań dziecka błądzącego we mgle. Lęk go hamuje, strach wpycha w Formę.

Ratunku w przemianie szuka też Jacek Barcz. Każdego dnia z mozołem konstruuje postać swego superbohatera- Architekta Barcza, persony doskonałej. Przemiana ze studenta, uzależnionego od emocjonalnej gry doktor Niezgody, w znanego, uznanego i bogatego architekta nie przynosi wyzwolenia z ogromnych pokładów lęku. Jest pozorna, jak fasadowe jest całe jego życie. W środku Architekta Barcza tłoczą się bowiem niezliczone demony młodego Jacka, w tym ogromna potrzeba miłości i akceptacji. Fikcyjność i chwiejność Formy, w którą każdego dnia ubiera swą osobowość Jacek, objawiają się na każdym kroku. Jako przemianę można więc potraktować jego emocjonalne obnażenie w kulminacyjnym momencie opowiadania. Odkrycie ogromnej formy wypełnionej helem, ego, które nie jest w stanie kontrolować swoich potrzeb.

Tekst Tak jest dobrze każe nam podglądać ludzi w sytuacjach bez wyjścia, w drastycznych zderzeniach z życiem, w końcu osobistych cywilizacji. Mówi o naszym budowaniu świata przez codzienne narracje, o dokonywaniu osądów i obserwacji, o wątpliwej możliwości znalezienia prawdy. O tym, jak dusimy się zamknięci w światach wewnątrz, niezdolni do budowania prawdziwych relacji. O tym, jak chronimy swą wrażliwość przed odrzuceniem, samotnością i pogardy innych. O poczuciu winy, wyobrażonych uczuciach i niezaspokojonych potrzebach, które zdolne są nas zniszczyć. Boimy się więc siebie bardziej niż świata, bo można stracić świat i wciąż być, ale stracić siebie to stracić świat podwójnie.

Szczepan Twardoch nie używa literackich, postmodernistycznych gier, bo nie musi. Przyjemność czytania Twardocha tkwi bowiem w metaforze, w odważnych rewoltach słów, w łączeniu światów, decyzji o wplataniu śląskiego i niemieckiego bez tłumaczenia. W końcu tkwi też w podglądaniu, wręcz podglądactwie jakie uprawiamy. Śledzimy bohaterów w sytuacjach niemiłych, intymnych, wstydliwych. Niczym w teatrze doznajemy uczucia ulgi, póki nie dotknie nas niemiła prawda, że to też o nas, przede wszystkim o nas. Spokojna melancholia Twardocha, którą zaczerpnął od Marai`a, jego mizantropia kontrolowana i obłaskawiona każe mu zajrzeć pod skorupę życia, dopominając się nie uśmiechów, ale dąsów, uwag, drążenia zadrapań.

Więc być jak Szczepan Twardoch to znaczy mieć odwagę. Odwagę bycia Pisarzem. Odwagę zmian, odwagę zanurzenie się bez oddechu by obserwować siebie i świat, odwagę niezgody, buntu i odwagę rozwoju. Bo nie wybiera się bycia pisarzem. To się po prostu z człowiekiem dzieje, to mu się dzieje. Jeśli pozwala na rozwój w jakimś momencie musi nastąpić przekształcenie i już nic nie zależy od niego, zgadza się być instrumentem literatury. Twardoch sam z siebie uczynił narzędzie, z którego korzysta. Porzucenie światopoglądu na rzecz poglądów, przyglądanie się sobie w drobiazgowej wiwisekcji, eksploatowanie i przepuszczanie przez siebie emocji, obserwacji, zdarzeń. Wydaje się, że tak robią też inni, lecz prawda jest taka, że mało kto ma do tego prawdziwą odwagę. Obserwowanie narodzin pisarza jest wielką przyjemnością. Pisarze bowiem rodzą się na kamieniu i jest ich garstka. Twardoch pisarz urodził się nagle, gdy po latach pisania książek wydał Wieczny Grunwald. Konsekwencją więc stało się Tak jest dobrze i konsekwencją była nominacja. Teraz czekam na Morfinę z małym niepokojem, ale i pewnością, że cofnąć się już nie można.

S. Twardoch, Tak jest dobrze, „Powergraph”, Warszawa 2011.

Tekst ukazał się w Czasie Fantastyki, nr 4/2012

PS Morfina mnie jednak zaskoczyła.

Cherezińska a sprawa Starszej Polski

Elżbieta Cherezińska kojarzona była dotychczas najczęściej z serią „Północna Droga”, w której wydała cztery powieści. Jej nowa książka traktuje o życiu władcy Wielkopolski (Starszej Polski) Przemysła II, zapomnianego nieco w natłoku innych książąt rozbicia dzielnicowego. Cherezińska, w swej poprzedniej powieści „piastowskiej” – Grze w kości, pochyliła się z uwagą godną badacza nad życiem i polityczną twórczością Bolesława, pierwszego króla Polski. Odkryła przed czytelnikiem tajemnicę, której dostępują zazwyczaj adepci kierunku historycznego: zajrzała pod skorupę mitu i pokazała szwy, które doprowadziły do uznania Polski za kraj godny króla. Napisała rzecz wciągającą i intrygującą, literacki dokument o niezwykłym talencie politycznym Bolesława i jego barbarzyńskim dziedzictwie, które pozwoliło mu zachować upór w dążeniu do celu.

Z nową książką z cyklu piastowskiego postępuje podobnie. Znów wybiera króla, tym razem raczej zapomnianego, niż hołubionego, w dodatku zmarłego tragicznie. Lecz króla. I ze skrupulatnością historyka odkrywa kolejne karty jego rozlicznych powiązań: chłopięcych, młodzieńczych, przyjacielskich, miłosnych, politycznych. Robi to ze starannością i brawurą, decydując się na czas historyczny – koniec XIII wieku, wzbudzający raczej niechęć.

Prawie nikt nie chce tykać w powieści rozbicia dzielnicowego, bo jest szalenie niekonkretne. Nie łączy się z rozpoznawalnymi ikonami polskiej historii, takimi jak nieokrzesany Chrobry, spolegliwy Kazimierz Wielki, Zygmunt August i jego żony czy Sobieski i Marysieńka. O Przemyśle II i przełomie wieków pisał Józef Ignacy Kraszewski w powieści Pogrobek i Teodor Parnicki w swojej kultowej, ale przecież wymagającej od czytelnika nielichych kompetencji Tylko Beatrycze. O tych czasach pisał też Witold Jabłoński w swoim cyklu „Gwiazda Wenus. Gwiazda Lucyfer”. W czterech powieściach (Uczeń czarnoksiężnika, Metamorfozy, Ogród Miłości, Trupi karnawał), których głównym bohaterem uczynił niezwykle barwną postać historyczną – uczonego Witelona, starał się Jabłoński oddać szeroką panoramę ówczesnego Śląska, kierując się hasłem o „życiu w ciekawych czasach”. W przeciwieństwie do Cherezińskiej, której narracja obfituje w dialogi i akcję, Jabłoński skupił się na opisie rozważań filozoficznych, skrupulatnym odtworzeniu dworskiej kariery Witelona, usianej czarna magią i nietypowymi preferencjami seksualnymi.

Tak czy inaczej, rozbicie dzielnicowe z jej Henrykami śląskimi, Leszkami, Bolesławami, Przemysłami, Wacławami czeskimi etc., jawi się potencjalnemu czytelnikowi – byłemu uczniowi szkoły polskiej – jako czas przeklęty i pełen dynastycznych węzłów trudnych do zapamiętania. Z utęsknieniem spoglądamy ku Łokietkowi, wyrazistemu przez swój upór i mały wzrost oraz jego synowi Kazimierzowi, ostatniemu z Piastów, któremu chętnie wybaczamy ewidentne błędy dynastyczne. A przecież te 200 lat o okres niezwykły w historii, zwłaszcza gospodarczej i społecznej, by pominąć już milczeniem wieczne wojny piastowskie. To okres wchodzenia w inny krąg obyczajowy, co Cherezińska wyraźnie ukazuje. Być może niektórzy przełom kulturowy wieku XII wrzucą do jednego worka z hasłem: mroczne czasy średniowiecza, lecz prawdą jest, że tak często przywoływany przez autorkę epos o królu Arturze, spisany między innymi przez Chrétiena de Troyes był źródłem rewolucji w myśleniu o relacjach damsko – męskich, miłości dworskiej i powinnościach rycerza. To też czas białych małżeństw i „buntu księżniczek”, które na hasło jednego z papieży o nieczystej i szatańskiej proweniencji kobiet postanowiły dać przykład swej pobożności ascezą i odstąpieniem od książęcej łożnicy. Skutki owego buntu stały się źródłem nieszczęść dynastii piastowskich, o czym czytamy też na kartach powieści. Cherezińska dba, by wiek XIII w polskich dzielnicach nie odstawał kulturowo od tego co zakorzenione w dobrych obyczajach cywilizacji zachodniej. Stąd rozmaitość turniejów rycerskich, marzeń o wielkich czynach, wiernych przyjaźniach i miłości nie tylko zmysłowej. Autorka nie tylko nie cofa się przed tym co wszyscy spisali na straty, czyli nieszczęsnym wiekiem XIII, ale też tworzy swojego bohatera jako dziecko epoki: chłopaka, który pragnął chwały i sławy, księcia, który nie bał się marzyć i męża stanu, który krok po kroku budował królestwo.

To, co historycy zapisują kilkoma zdaniami, Cherezińska rozpisuje na poszczególne rozdziały, nie odchodząc zasadniczo od przekazu historycznego, ale też nie wzbraniając się przed okazywaniem sympatii. Czytelnik, podążając za swoją przewodniczką po świecie Piastów, przywiązuje się do Przemysła, choć nie jest to tak wyrazisty bohater jak Henryk Probus, zwany tu słusznie Henrykiem Wrocławskim, Władysław Łokietek, zwany Karłem, czy księżna Kinga. W tym zabiegu nazywania księcia kujawskiego Karłem i w budowaniu postaci świętej Kingi widać całe bogactwo i sposób pracy Cherezińskiej: to co historyczne przeplata się z tym co prawdopodobne, lecz fikcyjne czy fantastyczne. A wszystko wierne epoce. Dzięki temu postaci historyczne nabierają rumieńców a ich charaktery, stworzone w oparciu o wzorce kulturowe wydają się rzeczywiste, założenia sensowne, działania uprawnione.

Książki Elżbiety Cherezińskiej rozpoznawalne są w pierwszym akapicie. Skrzy się w nich zmysłowość świata, słychać śpiew ptaków i krwi tętniącej w żyłach. Rysunek charakteru bohaterów skreślony zostaje zazwyczaj w wartkich dialogach, pełnych zmyślnych, ciętych ripost, albo czułych słówek. Nikt tak jak Cherezińska nie potrafi napisać sceny miłości fizycznej, nie obrażając przy tym, ale i nie robiąc uników. W metaforach miłości i gniewu kryją się w tej prozie całe światy. Żywe światy nieznanego nam oblicza średniowiecza. I piastowskiej dynastii, którą niczym literacki archeolog dla nas rekonstruuje.

Gdy przeczytałam dwie pierwsze książki Elżbiety Cherezińskiej z cyklu „Północna droga”, tę o Sigrun i tę o Halderd, pomyślałam, że nikt tak jak ona nie umie opisywać meandrów kobiecych dusz, uwiązania w miłości, pożądania, ambicji i macierzyństwa. I wtedy wydała historię Einara a potem powieść o Bolesławie. I okazało się, że o mężczyznach można pisać tak samo, z takim samym zaangażowaniem. Rozpisać męski świat na emocje, plany, ambicje. W najnowszej powieści dodaje do tego wyścig po koronę i morderstwo króla. A wszystko to nasza historia. Nasza, polska.

E. Cherezińska, Korona śniegu i krwi, Poznań 2012.

 

Upiór Żeromskiego i duch Oktawii

Rodzina ŻeromskichCzy Żeromski był człowiekiem czy superbohaterem modernistycznej Polski? Kochającym mężem czy draniem i niewdzięcznikiem? Dorobek artystyczny i uwielbienie jakim go darzono sto lat temu każą stawiać mu pomniki, ale pierwsza żona Oktawia nie może mu wystawić celującego świadectwa.

Żeromski straszy niczym upiór, w szkolnym repertuarze lektur jego książki i opowiadania są kolubrynami zabijającymi ducha i chęci literackie. Jego bohaterowie są niczym pięty achillesowe. Sławetny doktor Judym z Ludzi bezdomnych i Joasia Podborska o pseudonimie „rozdarta sosna”. Salomea Brynicka i jej durna miłość do księcia Odrowąża z Wiernej rzeki. Nudne i nie do pokonania Syzyfowe prace, których tytuł oddaje wysiłek czytelnika. Siłaczka Stasia Bozowska, patronka spraw urzędowych polskich kobiet. Wstrząsające „kruki i wrony”, które zatraciły w szkolnej lekturze całą siłę upiornego opowiadania. Są jeszcze Dzieje Grzechu, których mama zakazywała mi czytać i które pochłonęłam z wypiekami na twarzy mając lat 14. I przez które autor miał duże nieprzyjemności u miejscowego proboszcza w Nałęczowie. I jest Wiatr od morza, przez który Żeromski nie dostał Nagrody Nobla, bo niemiecki przekład książki otrzyma notę tłumacza o tym, jaka to propagandowa antyniemiecka rzecz. Pozbawiła Żeromskiemu możliwości uzyskania nagrody i dlatego otrzymał ją Reymont za neutralnych Chłopów. Nota bene inny laureat Nobla Knut Hamsun, który otrzymał go za powieść Głód, skądinąd bardzo dobrą, napisał równie hołubiącą życie wiejskie powieść Błogosławieństwo ziemi. Doskonałą, choć wyraźnie gloryfikującą egzystencję w zgodzie z naturą. Tak to już mają Skandynawowie, że życia w rytmie natury jest dla nich ważniejsze niż „rozdarte sosny” i „lekarze bez granic” na polskiej prowincji. W dorobku Żeromskiego są też Popioły, z ich niezłomnych pierwszym zdaniem: „Ogary poszły w las”, którego powszechna znajomość jest jedynym śladem istnienia tej powieści w świadomości czytelników. A przecież dzieje jej pisania były niezwykłe i okupione wielką pomocą pierwszej żony Żeromskiego Oktawii z Radziwiłów Rodkiewiczowej, która gromadziła notatki, wyręczała męża w pracy w bibliotece w Rapperswil, aby tylko zdrowiał i pisał. I która uratowała rękopis skonfiskowany przez władze carskie. Na koniec jest też Przedwiośnie, które moim zdaniem pretenduje do miana najlepszej książki Żeromskiego i przewyższa nawet Popioły. A Cezary Baryka wykazuje jakieś prawdziwie ludzkie cechy nicponia i idioty, przez co jest chyba ulubioną postacią w uczniowskiej kanonadzie postaci Żeromskiego. Poza „siłaczką” i „rozdartą sosną”, oczywiście.

Jest też owa żeromszczyzna, poetyka Żeromskiego, czyli słowotok metafor i epitetów, porównań i uniesień. Niczym fala upojenia ogarniająca kolejnych bohaterów, zdarzenia, stany. Przeżywanie i rozedrganie. Szaleństwo, panie, szaleństwo we mnie i poza mną a ona nie kocha, ach nie kocha i umiera, a Polska panie, co z Polską! Wbrew pozorom jednak owa histeryczna nuta w twórczości Żeromskiego doskonale oddawała nastroje społeczne i myślenie o świecie w czasach modernistycznych i młodopolskich. Dlatego był tak cenionym twórcą, bo oddawał to, co ludzie w głębi duszy czuli, ale i uczył ich też jak nazwać to przeżywanie nieobecnej Polski, jak się nią zachłystywać, upajać, jak za nią ginąć.

Dlatego jestem pełna uznania za to, że w latach dwudziestych przeszedł gruntowną zmianę poetyki i napisał Przedwiośnie. Dla pisarza tak uznanego jak Żeromski, robienie rewolty artystycznej, a taką przecież było wydanie Przedwiośnia, było ryzykowne i oczywiście wzbudziło kontrowersje. Odsunięcie się od polskości narodowej, na rzecz silnej krytyki społecznej przysporzyło mu wielu wrogów. Wykorzystano też jego popularność, uzurpując sobie w Robotniku, organie Polskiej Partii Socjalistycznej, powieść Przedwiośnie jako książkę o ucisku mas. Żeromski walczył z takim zagarnianiem i wykorzystywaniem politycznym jego dzieła, ale nie było to łatwe. Nie głaskał władzy- znane są jego kłótnie z Marszałkiem, nie głaskał opozycji, ale jego popularność była łakomym kąskiem dla wszystkich. Jakoś się jednak z tego zawikłania politycznego wysupłał, bo przecież jego pogrzeb stał się manifestacją narodową ponad podziałami. Nie pochowali go na Wawelu, ale na cmentarzu ewangelicko – reformowanym w Warszawie, bo dla kobiety rzucił katolicyzm. Nazywany był sumieniem narodu, jako nieskalany moralnie i dumny, dzielny człowiek. I podobnie jak Herbert, któremu nadają piętno superbohatera polskiej literatury, nie miał całkiem czystego sumienia względem spraw damskich. Pominę milczeniem jego młodzieńcze wybryki, bo nie miał zobowiązań. Ale jego żona…

Oktawia z Radziwiłowiczów Rodkiewicz, to była kobieta anioł. Wyszła za Żeromskiego gdy był biednym guwernerem, początkującym pisarzem, rokującym, ale bez majątku, schorowanym, bez zawodu, i w małżeństwie stała się dla niego opiekunką, agentem, przyjacielem, lobbystą, żoną, kochanka, matką jego syna. Mieszkali tam, gdzie zapewnione było zdrowie pisarza, przenosili się z miejsca na miejsce. Gdyby nie ta kilka lat starsza od niego wdowa po polskim działaczu społecznym, pewnie nie dożyłby debiutu i nie otrzymałby posady w bibliotece Muzeum Narodowego Polski w Rapperswil a później w bibliotece w Warszawie. Panienka z bogatego ziemiańskiego domu cierpiała nieraz biedę przy swym mężu, ciągle wierząc w jego talent. Jej zaangażowanie pozwoliło mu ukończyć Popioły, dzięki którym zdobył uznanie i mógł poświęcić się całkowicie pracy literackiej. Ale kiedy w 1909 roku pojechali do Paryża w małżeństwie było już źle i do Polski kilka lat później wrócił nie z żoną, lecz z kochanką Anną Zawadzką, z którą miał córkę Monikę. Nie dostałby rozwodu kościelnego, więc zmienił wyznanie dla kobiety, podobnie jak Piłsudski, i stał się ewangelikiem. Jakoś to nikomu w ówczesnej Polsce nie przeszkadzało, że porzucił żonę – społecznicę, dla dwadzieścia lat od siebie młodszej malarki. Nie stracił swego emblematu sumienia narodu. Oktawia była więc jego żoną młodopolską, żoną od organizacji społecznych, walki zbrojnej, zdobywania uznania w świecie literackim, budowania ochronki w Nałęczowie. Anna stała się żoną twórcy, sama będąc artystką przeprowadziła go przez kryzys wieku średniego i wydobyła z Żeromskiego jego potencjał artystyczny na innym poziomie.

Oktawia, po śmierci ich syna Adasia w 1918 roku (skończył zaledwie 18 lat) popadła zupełnie w chorobę nerwową. Wciąż żyła życiem swego męża, nigdy już nie oderwała się od wspomnień, a nawet z czasem zaczęła konfabulować niektóre zdarzenia. Pierwszy epizod choroby nerwowej miała już w 1905 roku, gdy musiała nawet zdecydować się na pobyt w szpitalu psychiatrycznym, później było kilka innych. Pod koniec życia podobno popadła w zupełne szaleństwo. Pytanie co spowodowało ten stan u dziarskiej i zawsze pomocnej Oktawii dręczy mnie od dawna. Nie ma bowiem załamania nerwowego bez przyczyny. Być może źródłem był ten wszechogarniający altruizm Oktawii, to jej bezgraniczne oddanie społecznikowskie, oddanie całego swojego życia mężowi, ochronce i szkole, którą założyła w Nałęczowie, tamtejszemu pensjonatowi. To jej życia dla innych, przez innych, w imieniu innych nie siebie, doprowadziło ją do wyniszczenia, postarzała się w tej służbie „sprawie” i nie zauważyła, że mąż już o nią nie zabiega. Już jej nie potrzebuje. Gdy wyjechali do Paryża Żeromski poznał tam Annę Zawadzką, malarkę. Po dwudziestu latach oddanej pracy Oktawia została porzucona przez męża dla innej, młodszej, ładniejszej. Potem przyszła śmierć syna i Oktawia już nigdy nie wróciła do zdrowia.

Oczywiście nie zabraniam Żeromskiemu dążyć do szczęścia. Wybrał to, co wybrał. Chciałabym tylko, by czytelnicy kolubryn lekturowych zobaczyli w nim człowieka zaprzeczającego swym wzniosłym zasadom z miłości do kobiety, nie ojczyzny. Kogoś kto musiał żyć ze świadomością, że kobieta która poświęciła dla niego całe swoje życie, po rozwodzie żyje na granicy szaleństwa. Żyje tylko przeszłością. Jej miłość nie zakładała gniewu i nienawiści, a szkoda. Może gdyby się na niego wściekła, uratowałaby ostatnie lata swego życia dla samej siebie.

Ale wychowano ją na damę, na Polkę, na żonę.

Nie na człowieka.

Kim jesteś gdy myślisz, że jesteś sobą?

Jest taki stan, gdy usłyszawszy dźwięki starej piosenki krztusimy się nagle swoją pamięcią, wspomnienia zlatują się niczym wrony lub gołębie, łagodne bądź skrzeczące. Wystarczy kilka taktów. Czasem trafiamy na książkę, która zawróci nas i każe patrzeć wstecz, popadamy w syndrom proustowskiej magdalenki i pastwimy się nad sobą czytając strona za stroną. Przywołując ulotny zapach innego, młodszego czasu. Taka jest dla mnie książka Tore Renberga Człowiek, który pokochał Ingvego, bo w 1990, podobnie jak główny bohater, miałam 17 lat.
Powrót do świata minionego zaczyna określanie jego ram przez negacje, wyliczenie czego wówczas nie było. Ukazanie współczesnemu czytelnikowi jak ma się w tym świecie poruszać i czego spodziewać.  W 1990 świat nie zna Nirvany, internetu, stoi World Trade Center. Nie ma płyt CD tylko kasety i nie ma komórek (aby zadzwonić poza domem należy udać się do najbliższej budki telefonicznej, mieć ze sobą monety (nie karty!!!), znać numer telefonu rozmówcy i mieć nadzieję, że się go zastanie w domu). Dużo rozmawia się o polityce, religii, zaangażowanie jest naturalnym stanem. W Polsce na imprezach pije się wódkę, czasem piwa, wino piją ciotki na imieninach, które się wciąż obchodzi. Nie ma w ogólnym obiegu narkotyków, nie można jeszcze swobodnie kupić trawy czy amfetaminy. To wszystko przed nami. W styczniu 1990 roku pierwsze miejsce Listy Przebojów 3 to Phil Collins, Elton John w lutym wypiera ich Kobranocka, zbliża się Big Cyc.
Prehistoria.
Jarle wbrew pozorom nie żyje w zupełnie innym świecie niż Polska AD 1990. Oczywiście w jego świecie także nikt nie słyszał o Nirvanie, wie jednak co to MTV, jest komunistą i anarchistą, uczniem liceum, który gra w punkowym zespole, ma dziewczynę, z którą uprawia seks, kumpla z którym dzieli muzyczne upodobania. I wyraźne poglądy, jasne i pewne spojrzenie, absolutne dookreślenie. Piątkowe wieczory kończy ostrą popijawą. Szkoła, granie, seks, alkohol, polityka, szkoła, granie…Jeśli obok Sex Pistols położymy kasetę Dezertera, w tle możemy poczuć smak taniego wina, prymitywnej polskiej politycznej debaty, strajków i utraty pracy. Matka Jarlego też do nich dołącza, do rzeszy europejskich bezrobotnych.
We wspomnieniu to nie fakt stanowi osnowę, lecz nasza jego interpretacja, nasze w nim zanurzenie emocjonalne. Renberg zbudował narrację o zakochaniu Jarlego na zdarzeniach codziennych, które tkają akcję i niezwykłym zapisie emocjonalnego wstrząsu, jaki przeżył główny bohater. Dzień po dniu wywlekał i rozciągał przed oczami czytelnika sieć ogromnej, zniewalającej fascynacji, która dotyka nas tylko w wieku 17, 18 lat. Później ta zdolność zanika niczym uwarunkowanie biologiczne. Tak, jakbyśmy byli w stanie zakochiwać się platonicznie i po granice siebie tylko w młodości, gdy w naiwności i swoistej prawdzie tak dalece ogarnięci jesteśmy manią siebie i widzenia siebie przez innych i w innych. Tak właśnie dzieje się z bohaterem powieści Renberga, z Jarlem, któremu zdaje się, że wie kim jest, który już się dookreślił słowami, poglądami, uczynkami, uczestniczeniem w rzece politycznego dyskursu. Ma dziewczynę, jest więc heteroseksualny, ma kapelę punkową, zwie się więc buntownikiem i nonkonformistą, ma przyjaciela Helge, potrafi zatem tworzyć więzi, utożsamia się z Che Guevarą, jest więc komunistą. Zbudowany sążnisty gmach o nazwie Jarle Klepp trzyma się swoich posad, zbyt pewny i zbyt ufny. I nagle runie.
Lecz to nie świat się wywróci do góry nogami, gdy Jarle zobaczy Ingvego przypinającego przed szkołą rower. Cały jego skrupulatnie utkany świat pozostanie tam gdzie był. Katherin go kocha, Helge trzyma z nim sztamę, w szkole ma swój emblemat buntownika. To Jarle wewnętrzny się wywróci, zacznie zanikać w zetknięciu z niewyobrażalną mocą zauroczenia. Odmienność Ingvego, jego banalność, zwyczajność przyciąga go niczym magnez. Jarle jeszcze nie wie na czym dokładnie polega inność Ingvego, ale czuje ją instynktownie, zwierzęcym zmysłem. Wszystko co dotyczy obiektu zakochania jest ważne, Jarle bowiem zakłada, iż podobnie jak w jego przypadku wybrane przedmioty dookreślają Ingvego. Dlatego  nagle chce poznać smak inności, absurdalnej dotychczas gry w tenisa, dziwacznej i szczeniackiej fascynacji Egiptem. Chce przetrącić kręgosłup twardym jak skała i kruchym jak wapienna własnym poglądom na muzykę Duran Duran.
Muzyka wydaje się być kluczem prawdziwości i fałszu. Dla Jarlego Duran Duran to symbol cukierkowego rocka lat 80., lecz staje się tym tylko w konfrontacji, w zderzeniu, w konfiguracji. Pozbawiona kontekstu, dzięki zawieszeniu w inności Ingvego, odzyskuje ramę muzyki po prostu. Cudownie jednoznaczne i okrutnie bezwzględne dookreślanie się nastolatków przez muzykę, identyfikacji przez cudzą identyfikację, dopasowywanie się, odzwierciedlanie idei kogoś innego, musi być zupełnie niezrozumiałe dla Ingvego, który tego nie czyni. Jego lubienie melodii, niepodbudowane ideologicznie jest dla głównego bohatera szokiem, bo odkrywa w nim brak zanurzenia we wszechobecnym dyskursie. Inność Ingvego polegać będzie więc nie tylko na grzecznie ułożonych włosach, spodniach w kant, braku dziewczyny, lecz też na braku formy, idei wewnętrznie go nakręcającej, budującej, nakładającej kolejne warstwy „ja”. Jarle zderzy się z absolutem, niosącym treści same w sobie. Czystość bez formy. Praktycznie niemożliwa.
Poznanie Ingvego to dla Jarle pierwszy stopień dorosłości, pierwszy przystanek, by dowiedzieć się kim jest, gdy wydaje mu się, że jest sobą. Czas zaprzeczenia dotychczasowemu sobie, przyjrzenia się sobie naprawdę, w amoku, euforii i bólu zakochania. Przyznania sobie prawa do odtwarzania inności, fascynacji tak absolutnie innej, że może dotyczyć chłopaka. Permanentna weryfikacja siebie w nowej sytuacji platonicznej miłości i w wynikających z tego konfrontacjach z Katherine, Helgem, matką zmieni Jarlego.
Wyzwoli Jarlego.
Sex i rock and roll smakują zupełnie inaczej, gdy masz 17 lat, są absolutnie boskim artefaktem, ofiarowanym człowiekowi, by mógł wyrazić siebie, czyli coś niewyrażalnego, zmieniającą się nieustannie hybrydę dziecka i dorosłego. Jeśli nie przekroczysz bolesnych progów, by w odpowiednim czasie przejść dalej, możesz na zawsze utknąć w dziwacznej postaci dziecka w starczej skórze. Lecz gdy jesteś zmęczony tą formułą jej koniec to wybawienie.
17 lat ma się tylko raz. Jak ospę. Na szczęście nie można na to umrzeć. Przeciwnie, jest się wówczas królem świata, można wszystko. Wszystko.
A potem nadchodzi matura.

Tore Renberg, Człowiek, który pokochał Ingvego
tłum. Katarzyna Tunkiel
wydawnictwo akcent, Warszawa 2011