Zarządzanie intymnością. Twardoch i Knausgård

Pisanie jest zawsze obnażaniem. Pisarz to ekshibicjonista. Ci, którzy chcieliby pisać ale boją się pokazać siebie, muszą zrezygnować z jednej opcji. Albo z pisania, albo ze strachu.

Przełamanie lęku wcale nie musi oznaczać pełnej otwartości. Intymność może być przez pisarza dozowana. Może on wręcz zarządzać intymnością, obierać strategie, wskazywać trendy.

Jak Twardoch.

Jak Knausgård.

W dzienniku „Wieloryby i ćmy”, Szczepan Twardoch pokazuje nam siebie przez intelektualny dyskurs. Karl Ove Knausgård, w autobiograficznej prozie „Moja walka”, funduje nam emocjonalny striptiz. Obaj się sobie przyglądają z perwersyjną ciekawością, lecz każdy na swój własny sposób.

Wszystkie „sprawy świata tego” zawarte w dzienniku Twardocha: książki, inni pisarze, myśli i idee budują jego obraz jako kogoś niezmiernie interesującego, ale odległego. Śląski, warszawski, marokański mikrokosmos, Spitsbergen, podróże, przyjaciele i piękne nieznajome kobiety na warszawskiej ulicy wypełniają kolejne strony książki, definiując autora jako obserwatora świata. Fascynata drobnych przyjemności w codzienności. Ale to także świat imaginacji, transgresji i tematu potencjalności, stale pojawiającego się w tekście: „interesuje mnie to co być mogło, a nie to co rzeczywiście było” (Twardoch s. 140). W tym kontekście rozpoczęcie książki narodzinami syna, czyli nowym życiem/wielkim otwarciem, jest zapowiedzią przewodniego motywu człowieka przyglądającego się światu.

Ale świat dzienników to także świat ocenzurowany.

Autor nie pokazuje się ani razu w sytuacji niekontrolowanej. Nie pisze dla siebie samego, tak jak tworzy się zazwyczaj dziennik, bo sam siebie chroni cały czas. Nie ma tu żadnej sytuacji żenującej, wstydliwej, nawet gdy czytamy „jestem głupi”, „nic nie wiem”, czujemy że to kokieteria, przekora, że to takie jednak mądre, iż autor czuje pokorę wobec toczącego się obok i w człowieku świata. Czytamy bardzo dużo słów o myśleniu, spostrzeganiu, analizowaniu, ale niewiele o emocjach, uczuciach, nawet w sytuacjach i dialogach z synami. Widzimy ojcowską bezradność ale i dumę wobec mądrości dziecięcej. I potencjalność, która się otwiera w związku z ich dorastaniem.

Twardoch nie decyduje się na pełne odkrycie, nie pokazuje tekstów sprzed 2007 roku. Ma do opowiedzenia bardzo istotną i osobistą historię, ważną też pokoleniowo. Historię o zmianie swych poglądów, o zmianie stylu pisarstwa, o dojrzewaniu do artystycznej drogi. O stawaniu w opozycji do siebie samego. Interesujący moment transfiguracji, zmagania się z tym co dotychczas, przeistaczania się. To osobiste doświadczenie jest niczym opowieść o drodze inicjacyjnej a „Wieczny Grunwald” staje się próbą bohatera. Jako czytelnika „Dzienników” interesuje mnie ten właśnie moment biografii. Interesuje mnie JAK to się stało, że pisał średnio dobre książki a potem stał się doskonałym, europejskiej klasy pisarzem. Kiedy i jak wydobył z siebie ten talent, ten niezwykły nieprzeciętny zasób wrażliwości, umiejętności w opisie świata. Chciałabym by się tym podzielił, by to odsłonił, pokazał, ale tak się nie dzieje. Omija całą epokę, udaje że jej nie ma, że nie ma tego autora sprzed „Wiecznego Grunwaldu”, zaangażowanego, buńczucznego, gadającego bzdury, piszącego książki poniżej swojego poziomu. Ale rozumiem go.

To intymna historia narodzin i należy tylko do niego.

Rzecz prywatna, osobista, prawdziwie dziennikowa, nie kreacyjna, nie literacka. Podzielenie się tym byłoby aktem odwagi a nawet pewnego szaleństwa, wystawienia się na żer, odsłonięcia podbrzusza. Nie każdego stać na prawdziwy ekshibicjonizm i nie każdy go chce. Odarcie się z formy pieczołowicie budowanej, skrupulatnie układanej musi znamionować jakiś rodzaj autodestrukcji, której Twardoch zwyczajnie nie ma. Bo ta otwartość jego „Dzienników”, pewna wylewność intelektualna jest wiwisekcją pozorną, przemyślaną strategią, wierzchołkiem góry lodowej, której autor w całości nie pokaże nigdy. A z pewnością teraz nie jest na to gotowy.

Dlatego autokreacja dzienników nie podoba się tak wielu czytelnikom. Wielka narracja o życiu nieprzeciętnie wrażliwego i inteligentnego mężczyzny, gdzie KREACJA wyłazi nachalnie z ram książki i czujemy jej szwy. Skrupulatnie przejrzany dziennik daje nam bezkrwistą, emocjonalnie wypraną postać, która nie popełnia błędów i nigdy nie jest idiotą. Twardoch z wielkim mozołem buduje sobie w „Dziennikach” postać Pisarza. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież jego warsztat, pracowitość, talent, wizja, myśl w zupełności mu to budują. Popada przy tym w megalomański samozachwyt, który wszyscy mu teraz wypominają. Ale wszak czytali te teksty wcześniej na autorskim profilu Facebooka i w internetowej wersji dziennika, zdjętego z sieci kilkanaście miesięcy przed publikacją książkową. Czytali i klikali „lajki”. Sama klikałam. Co jednak jest dobre w „fejsbukowym” poście, nie zawsze zagra w druku. I to jest chyba właśnie ten przypadek. Druk wciąż jeszcze znamionuje inny rodzaj intymności, być może wynikły z fizycznego spotkania czytelnika i książki.

I w taki sposób ta zaplanowana twardochowa „intymność” staje się rodzajem nieszczerości, w przeciwieństwie do pisarstwa Karla Ove Knausgårda, który jest wariatem innego rodzaju. Choć nie decyduje się na dziennik tylko powieść autobiograficzną, to przez metodę pisarską jaką stosuje jego książka ma siłę rażenia tornada. W swojej metodzie twórczej staje się wręcz nieprzyzwoity, przekracza ustalone granice intymności. Nie czuje się w tej książce redakcji, skrupulatnego wybierania tekstów do druku, wręcz przeciwnie, dominuje pewna niezgrabność, chropowatość, nierówność fragmentów nudnych i fascynujących, spontaniczność zapisu myśli, uczuć i wspomnień, które generują u czytelnika silne emocje. Choć nie sądzę, by nie redagował jej zupełnie, to jednocześnie odnoszę wrażenie że nie mógł mieć pełnej kontroli nad rzeczą, która ma sześć tomów, a każdy z nich po 600 stron.

W przeciwieństwie do autora „Dracha”, który zaczyna swój tekst od narodzin syna – symbolicznego i fizycznego opisu życia, autor „Mojej walki” wita nas opisem śmierci i rugowania umierania z życia społecznego. Nota bene to temat też bliski Twardochowi, który przecież powtarza, że należy często myśleć o śmierci. Tuż za dywagacją o naturalności entropii pojawiają się u norweskiego pisarza dzieci, w bardzo sugestywnym opisie nieopanowanej złości na potomków, ich męczącej dziecięcości, dręczących pytań i chaosu jaki wprowadzają w życie. To zderzenie życia i śmierci, niepoprawność i brak autocenzury powoduje, że czytelnik już na pierwszych stronach doznaje poczucia emocjonalnego obnażenia autora, co wprowadza silny dyskomfort u odbiorcy. Czytając, zanurzamy się głęboko w życie pisarza, bez maski tlenowej, bez chwili wytchnienia. Intymność, którą nam ofiarowuje, inicjuje poczucie uczestniczenia w życiu bliskiej osoby. Niepokój, który zostaje po lekturze, nie chce nas opuścić, nie odnajdujemy swojej „strefy komfortu”, pozostając przez długi czas w świecie wyobrażonym. Ta książka nosi więc w sobie wielki potencjał terapeutyczny nie tylko dla autora, ale również dla czytelnika. Uczestnicząc w jego nachalnym przeżywaniu siebie, przeżywamy też silnie własne niepokoje, zapomniane lęki lat młodzieńczych, stare niezabliźnione rany, by na koniec, umęczeni, doznać rodzaju literackiego katharsis. Czytając o klęskach bohatera, patrząc na jego straty, czujemy się niczym w starożytnym teatrze, gdzie aktor-Karl Ove odgrywa przed nami nasze lęki.

Być może dlatego prawdziwym Tematem Knausgårda nie jest życie pisarza czy „jego walka” ale właśnie obnażenie całkowite, możliwe w sytuacji skrupulatnego zapisu sytuacji i stanów emocjonalnych. Pokazując się w ułomności, w młodzieńczej głupocie i samotności stawania się sobą, autor całkowicie i świadomie pozbawia się bezpiecznego dystansu.

Gdyby ta książka nie była tak sprawnie napisana, mogłaby stać się przykładem totalnej prozy grafomańskiej, lawiny autoopisu. Ale Knausgård unika tego dzięki posłużeniu się swoim życiem jako rodzajem kanału komunikacyjnego z czytelnikiem w dyskursie o intymności. Pisarz chce się spotkać w całkowitej szczerości siebie, traktuje siebie jako tworzywo pisarskie, jako rodzaj materii. Nie posiada wstydu ale nie tworzy też znanej formy. To raczej komunikat: nie mam nic do ukrycia, pokazałem siebie w głupocie i w małości, w zacietrzewieniu i w pretensjonalności, bo tylko takim rodzajem intymności mogę mówić prawdę o człowieku.

Ten rodzaj pisania o sobie jest zupełnie odmienny od taktyki stosowanej przez Twardocha. Twardoch to grzeczna niegrzeczność, Knausgård to programowa samotność. Autor „Morfiny” zaznacza w dzienniku, że pisarz pracuje cały czas, bo wciąż i stale przygląda się sobie i światu, ale w obliczu prozy Knausgårda, jego bezwzględności wobec siebie i tej wściekłej wersji intymności, dziennik Szczepana staje się po prostu zbiorem esejów. Lub też, rodzajem gatunkowej sytuacji à rebours, w której dziennik jest rodzajem powieści a powieść intymnym wyznaniem o cechach dziennika.

Sz. Twardoch, Wieloryby i ćmy. Dzienniki 2007-2015, WL, Kraków 2015.

K.O. Knausgård, Moja walka. Księga 1, WL, Kraków 2014.

Reklamy

Przypadek Twardocha

W tym roku (2013) Szczepan Twardoch ponownie nie dostał nagrody na NLG. Tym razem nominowaną książką była Morfina, „czarny koń” kategorii: proza. Niewielu z jego dzisiejszych wielbicieli pamięta, że w zeszłym roku Twardoch także był nominowany, za zbiór opowiadań Tak jest dobrze. Gdyby nie Paszport Polityki byłby więc mistrzem nominacji. Cała nadzieja w NL Nike.

Poniższy tekst, przedstawiony tu w skróconej formie, napisałam rok temu. Przemysław Rydzewski w najnowszej „Blizie” pisze, że Twardoch stał się pisarzem przy Morfinie. Mnie się jednak wydaje, że wcześniej. Bo jakkolwiek najnowsza książka jest świetna, to przecież jej autor wydał jeszcze Wieczny Grunwald i Tak jest dobrze.

BYĆ JAK SZCZEPAN TWARDOCH

Szczepan Twardoch nie dostał „kostki” za prozę na tegorocznej (2012) edycji Nagrody Literackiej Gdynia. To żaden wstyd przegrać z Magdaleną Tulli i jej Włoskimi szpilkami a mimo to szkoda. Nominacja pokazuje jednak, że Twardoch wyzwolił się już z przestrzeni naznaczonej i stał się po prostu pisarzem, nie pisarzem fantastycznym.

Nie stało się to w Gdyni przy okazji nominacji, lecz wcześniej, gdzieś około 2010 roku, gdy napisał Wieczny Grunwald. Jeszcze nie wydał, ale już napisał, już powstała, już się stała. Twardoch od zawsze wiercił się na gatunkowym krześle, a gdy w końcu z niego zszedł, zaczął przyglądać się światu z bliska. Jeśli stawiał historiozoficzne tezy to tylko w kontekście człowieka uwikłanego w Historię i uwikłanego w Emocje. Dobrze to zrobiło jego pisarstwu, to rozpostarcie skrzydeł, rozprostowanie kości w zastałych schematach. Odchodzenie od ideologii na rzecz literatury wyciągnęło z Twardocha Pisarza. Wieczny Grunwald stał się zapisem zmagań człowieka z przekraczaniem siebie, transgresją twórcy. Czuć w nim posokę, czuć śmierć i odrodzenie, przekształcenie. Można się upierać, że to książka fantastyczna, historia alternatywna, w dodatku wydana w serii „Zwrotnice Czasu”. Ale powiedzieć o niej, że to po prostu fantastyka to jakby ją pomniejszyć, zawęzić, upchnąć do formy, bo przecież fantastyczność jest sposobem nie treścią, drogą nie celem. A Wieczny Grunwald to książka totalna, skończona, ważna, literacko zaskakująca i absolutnie wyróżniająca się spośród prozy, która się wówczas ukazała. I tak nieszczęśliwie, za szybko zapomniana. To najlepsza z rzeczy napisanych dotychczas przez Twardocha i to za nią należą mu się nagrody, a przecież dostał jedynie wyróżnienia. (Gdy piszę te słowa jego Morfina jest jeszcze w zapowiedziach).

W podobnym czasie pisarz złożył tom opowiadań, wydanych przez Powergraph w 2011 roku. Nominowany do NLG zbiór Tak jest dobrze składa się z sześciu tekstów, pozornie tylko bardzo od siebie oddalonych. Łączy je bowiem braterstwo krwi, strachu i samotności. Zapisane przez Twardocha historie dotykają delikatnej materii granic cywilizacji, przypadkowości śmierci, negatywnych emocji i utraty niewinności. W pierwszym odczytaniu są opowieściami o ludziach ułomnych, z jakiegoś powodu bezlitośnie szturchanych przez życie: starego snajpera, ojca ukrywającego się przed córką, dziewczyny zakochanej w szkolnym koledze, fajtłapowatego księgowego, zakompleksionego architekta, samotnego podróżnika. Ale już w trakcie lektury czujemy, że są nośnikami uniwersalnych emocji i lęków, stanów niedopasowania.

Układ poszczególnych opowiadań w tomie wydaje się starannie przemyślany: zamknięta i cykliczna klamra tematyczna śmierć-życie-śmierć, bądź konstrukcja liniowa życie-miłość-śmierć. W pierwszym przypadku opowiadanie rozpoczynające cykl (Gerd) łączy się z ostatnim (Tak jest dobrze) poprzez eksponowany temat śmierci. Historie życia Gerarda i Nikodema dotykają sfery umierania, w wymiarze oczekiwania na śmierć, jej zadawania, kruchości ludzkiego ciała w zderzeniu z wojennym rzemiosłem czy fauną dalekiej Północy. Niejaka dominanta śmierci wystąpi też w drugim opowiadaniu (Ona płynie w moich żyłach), w którym mężczyzna staje się łowną zwierzyną, życie przywilejem a on sam doświadcza prastarego strachu przed nie-byciem.

W przypadku drugiego sposobu interpretowania kompozycji, historia starego snajpera Gerda stanie się zapisem ludzkiej egzystencji wplątanej w Historię. Spoglądaniem wstecz na życie, które jest niczym rewers wielorakiej śmierci. Wobec takiej historii opowieści o miłości, pożądaniu i zniewoleniu staną się alternatywą i odpoczynkiem przed ostatnim tekstem o odchodzeniu Nikodema w dobrowolną śmierć. Opowieść o Nikodemie i Dorocie to także narracja o nagłej śmierci uczucia, przekraczaniu granic między życiem a śmiercią, transcendencji oraz wstępowaniu w niebyt przez szaleństwo i miłość.

Poza takim objaśnieniem najciekawiej jednak rysuje się odczytanie tekstu Twardocha poprzez odwołanie do pojęć-kluczy, wyraźnych toposów, wokół których ogniskują się obszary znaczeń. Pierwszym z nich będzie strach: przed śmiercią, życiem, odrzuceniem, zniewoleniem, samotnością. Bohaterowie tych opowiadań cali utkani są z lęków. Gerd boi się czarnych bogów wychodzących ze wspomnień, Paweł kobiet czyhających na ulicach miasta, Paulina świata wokół, Marek samotności, Włodzimierz matki wszechwiedzącej, Jacek odrzucenia i utraty kontroli a Nikodem życia, gdy traci to, co życiem było. Strach pobudza ich do działania, albo przeciwnie zniewala, jest kodem uciśnienia, albo walki. Odmiany strachu ukazują niezmienną prawdę, że stale żyjemy w lęku, od niego, niczym w rozgwieździe, emanować będą w opowiadaniach Twardocha inne uczucia i stany organizujące świat bohaterów.

Strach będzie towarzyszył agresywnej kobiecości, która pojawi się nie tylko w opowiadaniu Ona płynie w moich żyłach. Przemoc seksualną stosuje Paulina z Masary. Drapieżny seksualizm pojawi się w przypadku doktor Niezgody z Uderz mnie. Słaby mężczyzna i silna starsza kobieta to też układ Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka. Agresję w kontakcie wykorzysta też przyjaciółka Włodzimierza, Kalina. Zarówno Paulina z Masary jak Kalina z Przemian traktują swoje ciało w kategoriach przydatnego przedmiotu zemsty. Seks jest źródłem dominacji w przypadku relacji Niezgody i Jacka Barcza ale może też stać się jedyną drogą do odzyskania własnej tożsamości, wysupłania człowieczeństwa z kłamstwa i formy. To historia Paulina, która dzięki przemocy zakończy cykl odzyskiwania siebie.

Z seksem wiąże się też szerokie pojęcie ciała, w narracji Twardocha obecne we wszystkich opowiadaniach. Ciało może być słabe bądź silne, brzydkie lub piękne, pożądane albo wstrętne, lecz zawsze jest ważne, stanowi źródło emocji i spostrzeżeń. Silne ciało to ciało Gerda, stare, żylaste, przyzwyczajone do trudów podobnie jak ciało podróżnika Nikodema. Nad sylwetką stale pracuje Marek, pokryte tatuażami stanowi jego wizerunek, nosi znak jego życia, buduje tożsamość, dopełnia społeczną rolę muzyka rockowego. Ukrywa też jego nieporadność, dziecięcość, niedojrzałość. Ciało silne i wysportowane ma także Jacek Barcz. Wypielęgnowane, zadbane, odziane w szyte na miarę garnitury ciało nowoczesnego mężczyzny stanowi jego broń i zasłonę. Ubiór stanie się formą, która niczym teatralny kostium stworzy Architekta Barcza. Pozwala narzucić dystans i uległość wobec właściciela, daje siłę i kryjówkę, maskuje jego tęsknoty.

Forma w postaci rzeczy drogich i pięknych pozwala też ukrywać słabe ciało Włodzimierza Kurczyka. Opisy jego fizjonomii i zaniedbania, rozlazłość zewnętrzna łączy się z niezbornością wewnętrzną, jakby ciało odzwierciedlało dyscyplinę duszy, silną lub słabą psychikę, męskość lub niemęskość. Antynomię tę widać też w Gerdzie, w którym stary, silny ojciec ma także wyrazisty charakter a syn o ciele tłustym i białym jest niczym pływająca po morzu życia ameba. Ciało absolutnie zdominuje życie siedemnastoletniej Pauliny, która pragnie „rozebrać się z ciała”. Ogromna soma Pauliny jest przekleństwem. Więzi ją ludzkie spojrzenie, bo ciało w Masarze rozpatruje się w kontekście triady patrzenie-oglądanie-ocenianie. Paulina uwięziona w spojrzeniu, w ocenie, która przynosi upokorzenie i odrzucenie, nie przekroczy progu samoakceptacji, lecz dokona zrzucenia powłoki, znienawidzonej formy słabego ciała.

Kondycja ciała może się też wyrażać w fizycznej niemocy wobec niebezpieczeństwa, lub w jego przełamywaniu, jak w opowiadaniach Ona płynie… i Tak jest dobrze. Wobec natury i nadnaturalnego ludzka cielesna powłoka może nie spełnić oczekiwań bądź przeciwnie, dobra kondycja fizyczna chroni i pozwala uciec. Nikodem wspomaga się bronią i pułapkami, by chronić się przed niedźwiedziem, Paweł po prostu ucieka, by nie zginąć. Słabość ciała w konfrontacji z przyrodą bądź nadprzyrodzonym fenomenem odzwierciedla układ natury: drapieżnik-ofiara. Przynosi także uczucie totalnej samotności w obliczu zagrożenia, konfrontacji z sobą, zanurzenia się w sobie, zastygnięcia. Samotność to kolejne doświadczenie dotykające wszystkich bohaterów Twardocha. Samotny jest stary Gerd i jego niekochany syn, Paweł wśród ruin świata, gruba Paulina i Marek – lokalna gwiazda rocka. Z uczuciem osamotnienia przez całe życie zmagać się będzie rodzeństwo z Dwóch przemian…, architekt Jacek Barcz i Nikodem w podróży przez tundrę Spitsbergenu. Ich samotność będzie jednak uwikłana w kontekst. Odmienne stanie się starcze odosobnienie wdowca Gerda w pamięci czynów, inne wyobcowanie młodej Pauliny w zderzeniu z brakiem akceptacji, zupełnie różna sytuacja Nikodema, który dobrowolnie przyjmuje samotność.

Stan ontologicznej osobności bohaterowie usiłują przełamać na dwa sposoby. Jednym z nich jest świadome ojcostwo. Próbuje tego Gerd, lecz potrafi kochać tylko podobne: silne, mroczne, męskie. Przełamuje więc samotność ojcostwem połowicznym, nikłą, choć nieustającą fizyczną obecnością syna. U Twardocha ojcostwo reguluje porządek świata, inicjuje stałość, dojrzałość i sens. Tak zaczyna się opowiadanie Ona płynie w moich żyłach. W totalnej katastrofie jaka następuje rozpada się nie tylko świat zewnętrzny, załamuje się też naturalny rytm życia, w którym rodzice opiekują się dziećmi, kochają niewinne i słabe. Zderzenie cywilizacji z barbarium pozbawia bohatera jednej z wykładni porządku cywilizacyjnego. Skoro jego dziecko niesie zagrożenie – bycie ojcem jest chorobą śmiertelną. Ojcostwo mogłoby stać się ratunkiem dla Jacka Barcza, gdyby chciał nieskalany, nietknięty złem świat córki za wszelką cenę ochronić. I w końcu ojcostwo ratuje i pogrąża zarazem Nikodema z tytułowego opowiadania Tak jest dobrze. Wędrówka z synem chroni go przed bólem, daje szaleństwo bądź metafizyczną prawdę po to, by wytrwał i znalazł inny sens na końcu swej drogi. Jego mały syn jest świetlistym punktem życia, rozmowy z nim są niczym dotknięcie boskiej cząstki w człowieku. Nikodem bez rodziny jest jedynie samotnym podróżnikiem, zastygłym w bólu, lecz syn niesie mu nowy wymiar egzystencji.

Innym sposobem przekraczania samotności będzie przemiana. Jej duch towarzyszy całemu zbiorowi opowiadań, ale najsilniej zaznacza się w Dwóch przemianach Włodzimierza Kurczyka. To tu wychodzenie z samotności zostało zaznaczone krok po kroku, od zawstydzenia po budowanie pozycji i wpływów. Źródłem przemiany Włodzimierza stało się odrzucenie poczucia winy, którego naturalną konsekwencją jest samotność i wykluczenie. Zastygła lawa winy, która pokryła serce i duszę Włodzimierza ustępuje pod czułym dotykiem kobiety. Kurczyk odradza się i wychodzi ze swojej skorupy, przekracza wdrukowane wzory własnej beznadziejności. Obserwujemy tę niezwykłą konwersję z rosnącym niepokojem, jakbyśmy przeczuwali, że za winę wyzwolenia musi nastąpić kara. Że dostąpić uwolnienia można tylko składając potężną ofiarę. I nie mylimy się.

Podobnie naznaczone samotnością, która jest niczym wina absolutna, jest życie Pauliny. Ogromnej, niezdarnej, niezbyt inteligentnej Pauliny. Jej przemiana rozpoczyna się od podjęcia samodzielnego czynu, naturalna bierność zostaje złamana a źródłem jest chęć zemsty. Ostateczna metamorfoza Pauliny nie oznacza jednak wyjścia poza obszar ciała, bo wciąż to fizjonomia za nią decyduje. Zmienia swój wizerunek, jakby poddała się regułom gry, w której to spojrzenie/widzenie stwarza ludzi. Cała opowieść Pauliny jest niczym traktat o postrzeganiu, o podwójnym życiu tu i wewnątrz, o ukryciu w ciele, które jest obce i znienawidzone. Zmiana fizyczna jest dla Pauliny drogą wyzwolenia, ciało bowiem jest ważne i ma być piękne, wówczas samotność zgaśnie. Twardoch konfrontuje ten punkt widzenia z życiem Marka, który choć dba o swoje ciało, zanurza się codziennie w samotności. Nie przekracza też żadnego progu życia, bo jego egzystencja niejako utknęła w drodze, w punkcie, w którym światem upragnionym jest jakieś dawne uniwersum młodości. Samotność w teraźniejszości inicjuje u Marka agresję. Przemiana, która byłaby ratunkiem, w jego przypadku nie następuje, żaden proces nie może się rozpocząć. Transfiguracja zmusiła by go do konfrontacji, wyrzucenia poza bezpieczną przystań dziecka błądzącego we mgle. Lęk go hamuje, strach wpycha w Formę.

Ratunku w przemianie szuka też Jacek Barcz. Każdego dnia z mozołem konstruuje postać swego superbohatera- Architekta Barcza, persony doskonałej. Przemiana ze studenta, uzależnionego od emocjonalnej gry doktor Niezgody, w znanego, uznanego i bogatego architekta nie przynosi wyzwolenia z ogromnych pokładów lęku. Jest pozorna, jak fasadowe jest całe jego życie. W środku Architekta Barcza tłoczą się bowiem niezliczone demony młodego Jacka, w tym ogromna potrzeba miłości i akceptacji. Fikcyjność i chwiejność Formy, w którą każdego dnia ubiera swą osobowość Jacek, objawiają się na każdym kroku. Jako przemianę można więc potraktować jego emocjonalne obnażenie w kulminacyjnym momencie opowiadania. Odkrycie ogromnej formy wypełnionej helem, ego, które nie jest w stanie kontrolować swoich potrzeb.

Tekst Tak jest dobrze każe nam podglądać ludzi w sytuacjach bez wyjścia, w drastycznych zderzeniach z życiem, w końcu osobistych cywilizacji. Mówi o naszym budowaniu świata przez codzienne narracje, o dokonywaniu osądów i obserwacji, o wątpliwej możliwości znalezienia prawdy. O tym, jak dusimy się zamknięci w światach wewnątrz, niezdolni do budowania prawdziwych relacji. O tym, jak chronimy swą wrażliwość przed odrzuceniem, samotnością i pogardy innych. O poczuciu winy, wyobrażonych uczuciach i niezaspokojonych potrzebach, które zdolne są nas zniszczyć. Boimy się więc siebie bardziej niż świata, bo można stracić świat i wciąż być, ale stracić siebie to stracić świat podwójnie.

Szczepan Twardoch nie używa literackich, postmodernistycznych gier, bo nie musi. Przyjemność czytania Twardocha tkwi bowiem w metaforze, w odważnych rewoltach słów, w łączeniu światów, decyzji o wplataniu śląskiego i niemieckiego bez tłumaczenia. W końcu tkwi też w podglądaniu, wręcz podglądactwie jakie uprawiamy. Śledzimy bohaterów w sytuacjach niemiłych, intymnych, wstydliwych. Niczym w teatrze doznajemy uczucia ulgi, póki nie dotknie nas niemiła prawda, że to też o nas, przede wszystkim o nas. Spokojna melancholia Twardocha, którą zaczerpnął od Marai`a, jego mizantropia kontrolowana i obłaskawiona każe mu zajrzeć pod skorupę życia, dopominając się nie uśmiechów, ale dąsów, uwag, drążenia zadrapań.

Więc być jak Szczepan Twardoch to znaczy mieć odwagę. Odwagę bycia Pisarzem. Odwagę zmian, odwagę zanurzenie się bez oddechu by obserwować siebie i świat, odwagę niezgody, buntu i odwagę rozwoju. Bo nie wybiera się bycia pisarzem. To się po prostu z człowiekiem dzieje, to mu się dzieje. Jeśli pozwala na rozwój w jakimś momencie musi nastąpić przekształcenie i już nic nie zależy od niego, zgadza się być instrumentem literatury. Twardoch sam z siebie uczynił narzędzie, z którego korzysta. Porzucenie światopoglądu na rzecz poglądów, przyglądanie się sobie w drobiazgowej wiwisekcji, eksploatowanie i przepuszczanie przez siebie emocji, obserwacji, zdarzeń. Wydaje się, że tak robią też inni, lecz prawda jest taka, że mało kto ma do tego prawdziwą odwagę. Obserwowanie narodzin pisarza jest wielką przyjemnością. Pisarze bowiem rodzą się na kamieniu i jest ich garstka. Twardoch pisarz urodził się nagle, gdy po latach pisania książek wydał Wieczny Grunwald. Konsekwencją więc stało się Tak jest dobrze i konsekwencją była nominacja. Teraz czekam na Morfinę z małym niepokojem, ale i pewnością, że cofnąć się już nie można.

S. Twardoch, Tak jest dobrze, „Powergraph”, Warszawa 2011.

Tekst ukazał się w Czasie Fantastyki, nr 4/2012

PS Morfina mnie jednak zaskoczyła.

Bezkrwiści Sternbergowie

sternbergNie wiem, czy to dobry moment by powracać do debiutu Szczepana Twardocha na dwa tygodnie przed premierą jego najnowszej książki. To było zaledwie 5 lat temu (2007), a obie powieści różni ocean umiejętności, zainteresowań, cały odmienny obszar znaczeń. Skąd zatem moje o niej pisanie? Z podsumowań? Chyba nie, pragnę spojrzeć na nią raz jeszcze i zobaczyć, z czego wyrasta dzisiejsze pisarstwo Twardocha. Co za sobą zostawił, do czego nie wraca. I jak ta powieść niesie swoje przesłanie dziś. I czy w ogóle taka silna dominanta historiozofii nie zabiera czegoś powieści.

Wydaje się, że gdyby młody stażem artystycznym Twardoch nie stworzył Sternberga, nie rozpocząłby drogi. Nie tylko w sensie dosłownym jako pisarz, ale też jako twórca, który decyduje się prezentować, wystawiać na sprzedaż, łaskawe zainteresowanie, bądź niełaskawe komentarze siebie i swoje prywatne wielkie miłości. W tym wypadku swoją fascynację historią, większą niż fascynację literaturą. Służalcza rola literatury wobec historiozofii dała efekt dziwny, choć przecież spotykany wcześniej. Gdyby więc Twardoch nie był takim sprawnym pisarzem, być może ta sztuka wcale by się nie udała. Bo choć książka mnie nie zauroczyła to ją doceniam. Tak jak doceniam zmagania w trudnej materii, ambitne przedsięwzięcie z różnym efektem. Ambicja Twardocha uratowała ten tekst.

Tytułowi bracia Sternberg, Carl i Alexander są niczym żywe ikony myśli osiemnastowiecznej. Racjonalista i idealista, a każdy z nich uwikłany w swe męskie zasady. Gdyby Twardoch poszerzył ich role o wątek osobisty, gdyby skusił się, by ich portrety rozpisać w narracji rozbudowanej i gdyby między nimi była na przykład kobieta, wszystko skończyłoby się na trzech tomach albo 1000 stron i powstałaby powieść w tonie dziewiętnastowiecznym, historiozoficzna z dominantą rysu społecznego. Taki twardochowy Lód. Rywalizacja ideowa w konfrontacji z rywalizacją o kobietę zupełnie zmieniłaby środek ciężkości. Ale nie po to pisał Sternberga by raz jeszcze pokazać znane i swojskie. To jest właśnie pierwsza cecha jego pisarstwa. Bierze na warsztat tematy ograne i wygrywa je z tak silnym rysem indywidualnym, że wnosi zupełnie nową jakość do znanych już wątków. Nie mogło być zatem kobiety żadną miarą i koniec o tym.

Zasada, wedle której napisał Sternberga była dobra: wyrazisty headline – rewolucja, intrygujący wątek przeniesienia jej z Francji do Austrii, bohaterowie symbolicznie odzwierciedlający „typy rewolucyjne”, klasyczny konflikt braci. Świetne historiozoficzne tezy o determinizmie historii, przyczynowości i następstwach rewolucji, o jej etapach, wynikach, o tworzeniu się mitu wodza. Strofy o technice, broni, wynalazkach doskonale wplecione w narrację o przełomie. Akcja widziana z kilku perspektyw: sługi Sternbergów – Rudolfa Steinera, wiarusa huzara Laszlo Rakotscha, listów matki Anny Sternberg. Zmiany narracji pierwszoosobowej na trzecioosobową, różne punkty widzenia, quasi-cytaty, jak choćby ten z wiersza Sylvi Plath o tym, że umieranie to sztuka, znaczące nazwiska, na przykład przyszłego dowódcy NSDAP, Gwardia Republikańska inspirowana formacjami nazistowskimi, wszystko to według dobrych wzorów na utrzymanie zaciekawienia i napięcia u czytelnika.

Z drugiej strony wyraźny trop bohaterski. Inicjacje i rytuały przejścia, dorosłość i chłopięcość, bunt i kompromis, dojrzewanie do przyjęcia odpowiedzialności i unikanie jej określane jako wierność ideałom. Wchodzenie jednego z braci w rolę wodza i wierność ideałom drugiego pozwala na pokazanie za pomocą fikcyjnej opowieści wielu doświadczeń młodego człowieka. Mechanizm przyjmowania wyjątkowej roli społecznej, wychodzenia poza „siebie osobistego” a wchodzenie w „siebie społecznego”, czyli droga romantyczna ̶ poza siebie w służbie ludziom. Taki sam rys ma wbrew pozorom los drugiego brata ̶ poza siebie w służbie idei, czyli w służbie ludziom w dłuższej, nieracjonalnej na pierwszy rzut oka, perspektywie.

Czas przełomu jest doskonałym pomysłem na powieść. Jest, jak się wydaje, jedynym słusznym pomysłem na powieść historyczną czy historiozoficzną. Bo element fantastyczny, czy raczej alternatywny jaki zastosował Twardoch był tu tylko formą naddaną. Wszak zakochany w Rewolucji Francuskiej chciał napisać i napisał o niej książkę, lecz nie mógł zrobić tego w sposób tradycyjny. Taka powieść byłaby przewidywalna, bo oczekiwaliśmy rozwoju wypadków opisywanych po wielokroć, kolejnych śmierci, terroru, wybawiciela. Potrzeba zanurzenia się pozostała, trzeba było tylko znaleźć inną drogę. Ale inność, indywidualność, odrębność nie stanowią dla pisarza przeszkody. W Sternbergu widzimy więc rewolucję, lecz bez schematu wpisanego przez szkolną wiedzę/niewiedzę o Rewolucji Francuskiej. Podglądamy mechanizmy jak coś znanego a przecież nowego. Ten pomysł by w starych, znanych ramach pojęcia rewolucji rozpisać nową historię był bardzo celny. I gdyby od powieści oczekiwać tylko tego, by opowiedziała o zjawisku socjologicznym byłaby to powieść doskonała. Powieść jednak, nawet historiozoficzna chce krwi, nie tylko idei. Chce żywego mięsa emocji nie tylko suchych myśli. Chce napięcia między bohaterami, niespodziewanych zwrotów, zazdrości, zdrady, uraz i nieracjonalnych decyzji, porywów serca. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Tołstoj pisząc Wojnę i pokój i Żeromski w Popiołach, które choć historiozoficzne, niosły swój ładunek emocji jak psi obowiązek.

Można napisać, że prymat Historii zniszczył zamysł, ale może to doskonałe wykonanie zamysłu niszczy nośność książki. Jest zbyt celne, precyzyjne, perfekcyjnie zorientowana na pokazanie procesu. Nie człowieka w procesie. Proza doskonale napisana, lekko i przejrzyście, z zachowaniem specyfiki gawędy, wspomnień, pamiętnika. Świetne dialogi, nie stylizowane na siłę, ale i bez wyraźnych nieścisłości historycznych, doskonałe obrazki cywilizacyjne, militarne, obyczajowe, jak choćby początkowa scena pojedynku, czy opowiadanie huzara. A jednak gubi gdzieś to, co najważniejsze dla czytelnika – emocje ludzkie. Jest jak praca prymusa, który namalował doskonały obraz, ale brak mu głębi, bo brak mu duszy i zmagań z materią życia. Tego bólu z przechodzenia z jednego poziomu do drugiego, przekraczania stopni wtajemniczenia i żalu, niezgody, smutku.

W ocenie powieści Twardocha nie chodzi o to, by wymienić to, co można naprawić. Nie na tym to polega. Zamysł tej powieści jest spójny, konsekwentnie przeprowadzony, absolutnie sensowny. Ale już w początkowym zamyśle czegoś brak i nawet braterski konflikt tego nie zmienia. Nie upieram się, że Twardoch mógł coś dodać, albo inaczej to napisać, bo napisał jak chciał i już. Wykonał świetnie. Zamysł przemyślał. Napiszę trywialnie, że mnie tu brakuje kobiety, która rozpaliłaby zmysły nieszczęsnych bohaterów. Nie spełni tych oczekiwań Historia, bo choć jest wielką uwodzicielką i z zimną krwią zwodzi braci Sternbergów, każdego z nich kusząc zupełnie inaczej, to nie wystarczy jej symboliczna kobieca kapryśna natura. Nie w tej powieści. Nie przeszkadzał mi jej brak w Wiecznym Grunwaldzie, bo tam stopień emocji, buntu, niezgody, cierpienia był diametralnie różny. W Sternbergu wyraźnie brak mi mocnych emocji.

Twardoch czuje ducha Historii, rozumie jej mechanizmy, oddycha nią i myśli o niej. Niczym o kochance. Wystarczyło to na perfekcyjny choć niedoskonały debiut. Ale na szczęście było to dawno temu i wszystkie rewolucyjne koty Wiednia już wyzdychały.

S. Twardoch, Sterberg, Warszawa 2007.