Powrót do świętości

Kino mitem stoi, mitem się podpiera, kino w micie szuka swego zbawiciela. Mit jak perpetuummobile nie traci siły swego wpływu. Zwłaszcza, gdy film opowiada historię „prawdziwą”, „opartą na faktach”, jak na przykład życie i dzieło Johna Dillingera, czyli Wrogowie publiczni Michaela Manna. Gangster, złodziej, chuligan, rabuś ma swoją drugą cudowną egzystencję na srebrnym ekranie, skonstruowaną w zgodzie z mitycznymi wzorcami. Podobnie rzecz ma się z każdym bojownikiem o wolność, opozycjonistą, rewolucjonistą, buntownikiem, terrorystą w słusznej aktualnie sprawie. A wszystko dlatego, że amerykańscy twórcy uwielbiają „true story” i potrafią każdą z nim przyrządzić według ulubionego przepisu odbiorcy „fabryki snów”. Nurtuje mnie pytanie, czy gdyby zrobili film o Ludwiku Waryńskim nie okazałby się on nagle pożądanym bohaterem narodowym wartym powrotu na banknoty i tablice znakujące ulice?  Siła mitu wzmocniona amerykańską produkcją Warner Bros. może zmienić świat.

Struktury mityczne nie raz dokonały cudu kinematografii windując nieznaną produkcję na sam szczyt kinowych hitów i czyniąc z niskobudżetowego filmu dzieło kultowe. Powrót do metafizyki mitu może przywrócić do życia i dodać blasku także starym zmurszałym produkcjom, zmieniając je w olśniewające, nowatorskie, kultowe filmy. W recyklingu kinowym przesunięcie środka ciężkości potrafi zupełnie odmienić znanych od dawna bohaterów, nadając im nowe, tętniące niewiadomą życie. Przykładem niech posłuży lifting Batmana– niby Bohater a zachowuje się jak mięczak Hamlet. A co się stanie gdy połączymy dwa cudowne składniki: odświeżenie i mityczny kręgosłup? Stanie się coś fantastycznego. Coś science- fantastycznego. Stanie się Battlestar Galactica AD 2003.

Nie od razu Gwiazdę Bojową zbudowano w tak interesującą konstrukcję. Pierwszym pomysłem na remake filmu była rozrywkowa space opera, czyli nic innego jak podrasowany serial z 1978 roku. Lecz w trakcie pracy Amerykanie, biorąc pod uwagę sugestie widzów pilotowego odcinka, a także głosy na forach dyskusyjnych- praktyka stosowana już od jakiegoś czasu przez twórców seriali- zmienili front swojej produkcji i skupili się na kilku wątkach bliskich sercu każdego obywatela US. Niektóre pomysły zamarły, inne rozkwitły odzwierciedlając stan umysłów i potrzeb odbiorców internetowych. Co może dowodzić, że działania intermedialne oznaczają zacieranie granic twórca- odbiorca w projektach nie tylko nowych ale i starych mediów, jak film pełnometrażowy czy telewizja.

Na sukces nowej Battlestar Galactici złożyło się wiele czynników. Najbardziej atrakcyjnym i jednocześnie tym, co zadecydowało o niezwykłej oglądalności serialu, jest powiązanie losów społeczności z planety Caprica ze współczesną prognozą przyszłości ludzkości. Może brzmi to jak banalny scenariusz, a jednak zastosowanie kostiumu futurystycznego i przeniesienie problemów współczesnego świata takich jak terroryzm, nanotechnologia, tolerancja, prawa człowieka, prawa więźniów, prawo do aborcji, itd. do świata ocalałych z cylońskiego pogromu 50 tysięcy ludzi okazał się dokładnie tym, czego potrzebują współcześni widzowie.

Sam pomysł okrętu bojowego jako Arki (pierwotnie tytuł brzmiał Adam`s Ark), wykorzystany już w pierwszej wersji serialu, nawiązuje oczywiście do kultury judeochrześcijańskiej, ale mityczna zagłada to już topos uniwersalny. Ocaleni, zmuszeni do zachowania własnej cywilizacji, stają w obliczy sytuacji bliskich współczesnym, ukazuje się je nam jednak z perspektywy „arki” przemierzającej galaktyki, perspektywy bezpiecznej do momentu, gdy uświadomimy sobie, że wszystko, co dotyczy tego skromnego wycinka ludzkości jest skondensowaną pigułką naszych cywilizacyjnych problemów.

Jak na przykład kwestia tożsamości, która rozsadza wręcz scenariusz Battlestar Galactici. Scenarzyści wprowadzili do nowej wersji inny rodzaj Cylonów (w poprzednich filmach byli „tosterami”, czyli robotami o funkcjach bojowych) i tym samym zdecydowali się zamienić hierarchię ważności w space operze z rozgrywek z obcą cywilizacją na pytanie: co czyni nas ludźmi? Nowi Cyloni wyglądają jak ludzie, (czasem jak ich wersje doskonałe- długonoga blond piękność, czyli Cylon numer 6), zachowują się jak ludzie, odczuwają jak ludzie a nawet posiadają daleko głębszą wiarę w Boga niż ludzie, co więc czyni Nas tak wyjątkowymi? I czy mamy prawo przetrwać jako gatunek, skoro Cyloni są rasą bardziej do tego przystosowaną, wszak statek rezurekcyjny pozwala im na kolejne wcielenia po śmierci? Wszystkie te pytania, którymi twórcy wręcz bombardują widza, domagają się odpowiedzi i powodują, że Battlestar Galacticę ogląda się z zapartym tchem, a ci, którzy lubią zaangażowaną science fiction czują się tym serialem pobudzeni intelektualnie.

Mnie fascynuje w nim religia, czyli ta warstwa znaczeń i idei, która wyróżnia go spośród całej serii filmowych space oper. Poza socjologicznym i psychologicznym dopasowaniem, doskonale widocznym w relacjach interpersonalnych, wątek religijny stanowi najciekawszą nową ideę wcieloną w życie serialu. Nota bene nieustanne powracanie do kwestii religijnych odzwierciedla zainteresowanie samych Amerykanów wiarą, jej odmiennościami, istnieniem tabu, prawem do przekraczania granic sacrum i profanum.

Niezachwiana zasada, że ludzie wierzą w istotę wyższą w przypadku space opery jest raczej rzadka, choć problem niepojętej energii, fatum, czy pytania o istotę Boga pojawiały się zawsze w zaangażowanej socjologicznie fantastyce, również filmowej. Lecz nie w takim natężeniu i tak przenikającej wszystko mistycznej formule jak w Battlestar Galactice. I nie mam tu na myśli założenia, że bohaterowie wierzą w bogów Kobolu, Cyloni w jedynego Boga, który jest miłością, a doktor Baltar staje się prorokiem swej własnej religii. Battlestar uwodzi widza tym, że od religii nie ucieka, ale traktują ją jako część niezbędnego arsenału kulturowego człowieka, wraz z potrzebą mistycznego pojmowania losu.

Metafizyka przenika tkankę serialu na każdym kroku: profetyczne zdolności bohaterów, wyrocznia objaśniająca sny i wizje, świątynia Oko Jupitera mogąca wyjaśnić zagadkę ludzkości, święte zwoje traktowane jako tekst objawiony, przepowiednie dotyczące tajemniczej drogi do ziemi organizują fabułę na równi z bitwami viperów i skokami w nadprzestrzeń. Cały sens drogi poprzez galaktyki garstki ocalałej ludzkości, cała ich nadzieja zasadza się na kilku słowach o tajemniczej planecie ku której podążają, która stanie się ich ziemią obiecaną. I zupełnie nie zniszczy tego dokładne ukazanie sposobu, w jakim komandor buduje ów mit obiecanej ziemi. Tka go nie tyle ze skrawków informacji w efemerycznych księgach, ile z nadziei ludzi, z ich potrzeby wiary, zawierzenia czemuś nieznanemu, jakiejś tajemnicy, której ludzie nie potrafią rozpoznać i jednocześnie rozpaczliwie potrzebują, wiary która jest w stanie uratować sens ich pozornie absurdalnej ucieczki przed niezniszczalnymi Cylonami. Scena budowania w sercach załogi mitu planety Ziemi, podczas przemówienia komandora Adamy, jest scena inicjującą nowy wymiar tej historii, bo oto to, co rozpoczęło się jako bezwładna ucieczka nabiera sensu głębszego, perspektywa podążania ku czemuś nie zaś uciekania od czegoś ratuje ludzi przed szaleństwem w obliczu nieuchronnej zagłady, inicjuje nowy sens. Sposób na przetrwanie ducha walki wśród żołnierzy nagle stwarza nową nadzieję, nowa wizję świata, odnalezioną wśród dziwnych starych zwojów. Ziemia- miejsce wskazane przez bogów w świętych księgach- do której podążają, jest ich ostatnią nadzieją, ostatnią przystanią, a jednocześnie nową możliwością, przyszłością, nowym wspaniałym światem. Nowym mitem, sacrum, zbawicielem.

Na płaszczyźnie wydarzeń codziennych tajemnica przenika świat Gwiazdy Bojowej inaczej. Mniejszość kulturowa z małej planety kieruje się w życiu codziennym tradycyjnym kodeksem, według którego unikają medycyny konwencjonalnej. Starbuck natrętnie maluje dziwne okręgi, niektórzy członkowie załogi słyszą dziwne dźwięki, które doprowadzą ich do wiedzy o ich tożsamości. Wydaje się, że pozostawianie decyzji militarnych profetycznym wizjom nieżyjącej kobiety, w celu zlikwidowania odwiecznego wroga i odnalezienia drogi do planety, w sytuacji totalnej entropii statku jest zupełnie nieracjonalna. Lecz nie w świecie Battlestar Galactici, tu decyzja taka należy do najłatwiejszych i najbardziej sensownych, zakłada bowiem, podążając za pomysłem fabularnym twórców serialu, że wszechświat jest niepojęty i nielogiczny i że ma to paradoksalnie swój sens. Natomiast Starbuck nie jest po prostu uzdolnionym pilotem, lecz jej przeznaczeniem jest uratowanie świata. Podążając tym tropem entropia statku nie nastąpi wtedy, gdy zużyte mechanizmy mogą odmówić posłuszeństwa, ale w miarę zbliżania się do Ziemi, do miejsca stałego spoczynku. Ta odwrócona zależność wynika z istnienia wyższego porządku rzeczy i świata, którego się nie neguje, lecz któremu należy się podać, by bezpiecznie dotrzeć do „domu, zwanego Ziemią”.

Religia występuje więc na dwóch płaszczyznach, jako kulturowe spoiwo i jako nośnik ładu wszechświata a działania ludzi, pozornie niezawisłe decyzje, stają się cześcią planu, boskiego, cylońskiego, lub innego bytu nadrzędnego, który trudno określić w obliczu ontologicznych krzyżówek. Właśnie owa nieustanna tajemnica, niewyjaśnialna, niedokończona, podobnie jak zabójstwo Laury Palmer przed laty, wzbudza w widzu uczucie poznawania jakiejś prawdy, odpowiedzi na zagadkę wszechświata. Możemy próbować zbliżyć się do tajemnicy, jak Starbuck szukająca sensu swych rysunków, lecz nigdy nie zrozumiemy jej do końca. Dokładnie to, co mówi nam każda religia. Musisz zawierzyć, bo nie zrozumiesz. Przechodzi to ludzkie pojęcie.

Pominę nawiązania do religii greckiej w pseudonimach bohaterów, takie jak Apollo czy Athena, doszukiwanie się podobieństw do postaci mitologicznych wydaje mi się pozbawione głębszego sensu. Z pewnością mogli nazwać ich inaczej, zostawili wskazówkę, więc można poszukiwać podobieństw. Ukłonem w stronę cywilizacji przedchrześcijańskiej jest też politeizm ludzi, w przeciwieństwie do monoteizmu Cylonów, i głęboka wiara w predestynację, unosząca się nad tą historią. Pominę też poplątane losy ludzi i Cylonów, Bogów Kobolu i Trzynastego Plemienia, bo w wyniku dogłębnej analizy mogłabym dojść do wniosku, iż wszyscy bohaterowie Battlestar Galactici są potomkami Cylonów, co prowadzi bezpośrednio do stwierdzenia, że według twórców serialu ludzie pochodzą od technocywilizacji.

Powiem tylko na koniec, że pomimo dopracowanego zakończenia pojawił się już prequel zamkniętej serii. Niech więc Bogowie Kobolu mają nas w opiece byśmy nie doczekali czasów, gdy czar Battlestar Galactici ulotni się pewnego dnia, bo autorzy wpadną na pomysł, licząc dolary, jak my zawiedzione nadzieje, by nakręcić kolejne „zaginione odcinki”, które racjonalnie wyjaśnią wszystkie tajemnice niezwykłej Gwiazdy Bojowej zwanej Galactica.

Czas Fantastyki, nr 4, 2009.

Reklamy

Kto jest kim w Iron Manie, czyli zagadki ponowoczesności

 Odwoływanie się do innych dzieł nie jest wymysłem ponowoczesności, jednak wydaje się, iż kiedyś robiono to rzadziej i bardziej dosłownie. Komparatystyka w starych dobrych czasach była znudzoną okularnicą, bo wszelakie kody dawno odkryto. Wszyscy w szkole wiedzieli gdzie Mickiewicz naśmiewa się z rodziny Słowackiego a Słowacki pogrywa z Mickiewiczem. W naszych czasach, ponowoczesnych czasach jest inaczej. Rewolucja filozofów francuskich, zapisana słowem zawiłym Derridy czy Lacana dokonała i nadal dokonuje spustoszenia w starym, dobrym porządku literackim. Spustoszenia, a może przewietrzenia w zatęchłych rezydencjach myśli.

Tak czy inaczej postmodernizm pokazał, że teraz wszyscy mogą wszystko. Korzystając z tego modnego przywileju twórcy albo ściągają od siebie nawzajem albo szukają nowego w starym, wracają do mitu, mieszają gatunki i style, puszczają oko do czytelnika, lub dyskretnie insynuują. Czasem tak dyskretnie, że naprawdę nie wiemy, co czytamy i co oglądamy, niekiedy zaś jesteśmy zdezorientowani, bo naładowane znaczeniami i odniesieniami dzieło może zupełnie zagubić drogę do odbiorcy. Bo to bardzo chwalebne czytać Pynchona, ale uczucie dyskomfortu przy lekturze, spowodowane niemożnością odczytania pełnej wersji, odkodowania wszystkich nakładających się kalek może zupełnie zniszczyć efekt ambitnego zamysłu czytelniczego. Ulisses Joyce`a zdaje się być przy nim naprawdę miłą i bardzo konkretną lekturą.

Wydawać by się mogło, że prymat pomysłu, technicznych fajerwerków czy schematycznej fabuły w kulturze popularnej uwalnia od nadmiernego myślenia podczas lektury książki czy filmu. Nic bardziej mylnego. Ponowoczesność sztuki dopada nas w najmniej nieoczekiwanym momencie, lecz jeśli nie potrafimy czytać znaków uchylimy się przed ciosem intertekstualnej pięści. Przecież można obejrzeć Gwiezdne wojny nie znając tekstów Josepha Campbella o bohaterze mitycznym i całkiem dobrze się bawić. I można zobaczyć trzy części Matrixa bez analizy teorii symulakrów Jeana Baudrillarda. Czy zatem w ogóle jest sens dociekać kto od kogo i o kim w scenie pojedynku, pocałunku, pędzącego pociągu etc.?

Moje desperackie dywagacje wynikają z faktu, iż mam bardzo silne wewnętrzne przekonanie, że będąc na filmie Iron Man jako jedna z niewielu a może całkiem sama zobaczyłam w nim widmo pewnej książki, co uczyniło oglądanie filmu o wiele zabawniejszym. A przecież wszyscy wokół też świetnie się bawili nie wiedząc kto to taki Ayn Rand i jej nieśmiertelny Atlas zbuntowany. Gra, którą prowadził reżyser była z pewnością bardziej czytelna dla amerykańskiego widza, dla niego wszak ów film został zrealizowany. Bo nawet jeśli ktoś nie zorientował się wcześniej w owej delikatnej rozgrywce, to w jednej z ostatnich scen filmu na pierwszej stronie gazety pojawia się sakramentalne pytanie Who is the Iron Man? A pytanie- motyw przewodni w Atlasie zbuntowanym brzmiało Who is John Galt? Oczywiście można stać na stanowisku, że to zbieg okoliczności, pytanie jak każde inne, ale pamiętajmy, że żyjemy w ponowoczesności, tu nie ma przypadków, tu są nawiązania.

Kim jest Ayn Rand dla Amerykanów? Bardzo popularną filozofką i pisarką. Jej kilka powieści napisanych ponad 50 lat temu wciąż utrzymuje się na listach bestsellerów, a o Atlasie zbuntowanym mówi się, że jest w Stanach najpopularniejszą książką po Biblii. Jej filozofia obiektywizmu przedstawiona w powieściach, pracach eseistycznych i kultywowana w praktyce w życiu, doczekała się polemiki i stałego miejsca w życiu Amerykanów a sama Ayn Rand własnego instytutu, promującego jej idee. Traktuje się ją więc jako filozofkę, twórczynię idei, nie tylko pisarkę. Kim jest Ayn Rand dla Europejczyków? Pisarką i dziwaczną nibyfilozofką. Żadna z dostępnych mi szanujących się encyklopedii, leksykonów, słowników etc. współczesnej myśli filozoficznej nie notuje odnośnika ani do postaci ani do myśli. Recenzje jej książek filozoficznych- Powrót człowieka pierwotnego i Cnota egoizmu, ukazują się w branżowych czasopismach, ale pod europejskie strzechy nie trafiły. Nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy źle. Jej filozofia może zdać się dziś kontrowersyjną, albo przeciwnie bardzo aktualną, zresztą sama Rand wydawała się postacią tyleż intrygującą, co magalomańską. Polacy znają ją więc przeważnie z powieści, wydawanych przez wydawnictwo Zysk, doskonale przetłumaczonych przez Iwonę Michałowską. Poza wspomnianym Atlasem– dziełem życia, jest jeszcze Źródło, oraz Hymn, w tłumaczeniu Sylwii Bijak. Na przekład czeka We the Living. I to chyba dobra strategia, bo powieści wydają się być właśnie tym, co Ayn Rand naprawdę świetnie umiała robić.

Trudno w skrócie przedstawić myśl Ayn Rand, choć Jackowi Dukajowi całkiem nieźle się to udało (NF 2006/1), powiedzmy więc, że jej filozofia obiektywistyczna i etyka absolutna prezentują zasadę racjonalizmu jako wyznacznika wartości i sensu ludzkiej egzystencji. Wyraźny prymat rozumu w etyce, brak zgody na postawy altruistyczne, prawo do życia jako cel sam w sobie. Tylko racjonalizm daje jednostce możliwość przetrwania, wszelkie działania nieracjonalne nie mają według Rand racji bytu i prowadzą do zależności niezawisłej myśli ludzkiej. Do poświęcenia praw jednostki w imię niekonkretnych idei abstrakcyjnych, do których Rand zalicza religię, pomoc społeczną, relatywizm wobec faktów, etc. Myślenie i twórczość to podstawy egzystencji istoty racjonalnej. Niechęć do totalitaryzmu i związany z nim sprzeciw wobec przemocy, pochwała kapitalizmu, jako jedynego ustroju, który może zapewnić poszanowanie i obronę praw jednostki, wynikają zapewne także z jej wczesnych doświadczeń- młodej dziewczyny w bolszewickiej Rosji, z której wyemigrowała w roku 1924. Akcentuje Rand w swojej twórczości też wyraźny rozdźwięk pomiędzy jednostkami wolnymi, kierującymi się cnotą egoizmu, przeżywającymi swe życie bez obciążeń altruizmu oraz resztą społeczeństwa niezdolnego do zrozumienia sensu swego życia i odrzucenia postaw nieracjonalnych. Dla Rand nie istnieje prawo kolektywne, istotne są tylko prawa jednostki.

Jaki ma to związek z Iron Manem? Otóż komiks powstał w latach 60-tych, w czasie gdy Atlas zbuntowany, wydany w 1957 roku wciąż odbijał się szerokim echem w sercach i umysłach Amerykanów. W czasach rozkwitu zimnej wojny, gdy można było przeczytać powieść Rand jako przestrogę przez systemem kolektywnym, czyli realnym socjalizmem. Zdumiewające jak trafnie pisarka nakreśliła poszczególne etapy zatapiania się społeczeństwa w akceptacji bezsensownych idei, zbiorowym szale autodestrukcji. Dla czytelnika znającego realia socjalistycznego dobrobytu pustych półek antykomunistyczna wymowa książki jest aż nazbyt wyrazista. Amerykanie uwierzyli jej na słowo, a raczej wiele, wiele słów. Oczywiście myśl Rand jest w komiksie i filmie pewną ideą rozpoznawalną, absolutnie nie można powiedzieć, że następują jakiekolwiek dosłowne przeniesienia treści. Duch Rand patronuje Iron Manowi, bo idee krążą, myśli zaszczepiają inne myśli, literatura popularna żywi się samą sobą a postmoderna rodzi się w końcu lat 60-tych.

Przyjrzyjmy się bliżej bohaterowi. Tony Stark jest „cudownym dzieckiem”, uzdolnionym młodzieńcem, uzdolnionym dodajmy technicznie, gdyż ten element jest tu bardzo istotny- technika bowiem to dziedzina na wskroś racjonalna. Podobnie jak bohaterowie bestselleru Rand- przemysłowcy, wynalazcy, wielkie umysły swojej epoki, Stark zakochany jest w technice, zakochany w twórczej pracy. No właśnie, gdzie najczęściej widzimy Starka? W pracy, nie należy do tych, którzy wyręczają się pracą innych, sam buduje swoje maszyny, ów genialny inżynier. Od samego rana do późnej nocy, pochłonięty projektem jest tytanem pracy, przypomiając w tym Hanka Reardena z Atlasa. W domu, w niewoli, zawsze w pracy. Praca jest jego pasją, jego życiem, jego sensem. Nazywają go wizjonerem i geniuszem. Jego największą wadą i zaletą jest to, że wciąż pracuje.

Bohaterem Rand jest zawsze człowiek nieprzeciętny, o cudownym umyśle, niezwyklej inteligencji, kierujący się prymatem rozumu w swych wyborach moralnych. Czy nie takim jawi się w Tony Stark? Cudowne dziecko techniki, siedemnastoletni młodzik budujący silnik, człowiek owładnięty miłością do technologii, która przecież ratuje mu życie. Czy nie jest genialnym wynalazcą zupełnie nowego źródła energii? Człowiekiem, który chce zużytkować swój wynalazek w sposób tylko przez niego zaakceptowany, ponieważ uważa, że tylko on ma do niego prawo. Człowiek, który wykorzystuje swój nieprzeciętny intelekt, by wydostać się z niewoli, bo nikt i nic nie może nim sterować. Wolność ponad wszystko.

Płaszczyzną wspólną jest też dziedziczenie fortuny i związane z tym zmagania z ideą powiększania powierzonego dobrodziejstwa. Początkowe podporządkowanie się zasadom pomnażania dobra okazują się jednak formułą uległości wobec Rady Nadzorczej, czyli kolektywu, który chce decydować o cudzej własności. I Stark, jako człowiek kierujący się cnotą egoizmu kieruje firmę na tory, jakie sam ustanowi, bo jest zdania, że tylko on może decydować o losie przedsiębiorstwa, nawet jeśli oznacza to jego finansową destrukcję. Podobnie jak Francisko d`Anconia, bohater Atlasa. Własność ponad wszystko. To mój samolot- niech na mnie czeka.

Konstrukcja bohatera jako niezwykłego umysłu niesie też inną myśl Ayn Rand, że genialnego twórcę obowiązuje inna moralność. Oczywiście, jako że nie ma w Iron Manie czystej filozofii Rand, a jedynie odwołania, na tym poziomie sensów nie da się odczytać powiązań innych niż lekceważenie Starka dla ludzkiej wdzięczności, w postaci zignorowania nagrody, ironiczny stosunek do świata, polityki, kobiet. Gdyby był prawdziwym bohaterem według wzorca randowskiego nie powiedziałby: Lubię pokój, choć odbiera mi pracę, musiałby powiedzieć: nie lubię pokoju, bo odbiera mi możliwość twórczej myśli i pracy.

Zwróćmy uwagę, jak bardzo Stark różni się od Batmana, a przecież obaj mają podobne życiorysy: obaj playboye, obaj herosi, obaj dziedzice fortuny, obaj w zbroi, obaj korzystają ze zdobyczy technologii a Stark jakby bardziej bez kompleksu wypełniania idei. To nie benefis, to tylko kolejne zadanie. Arogancki, ironiczny, inteligentny, pracowity, twórczy, przystojny, skupiony na sobie w każdej chwili życia. Nie ma czasu na miłość i inne demony. On jest w pracy.

Rozważam tu sobie wkład ducha Atlasa zbuntowanego, (nota bene spójrzcie jak tytuł pasuje do postawy Toniego Starka) do koncepcji postaci filmowej (i komiksowej). Piszę o związkach, które zaobserwowałam, tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w postaci wcześniejszej lektury książek Ayn Rand. Gdybym ich nie znała, nie miałabym tematu do roztrząsania, ale nie wiem, czy tak bardzo polubiłabym Iron Mana. Czy to oznaka uzależnienia od postmodernizmu?

Oczywiście można odczytać ten film jako wariację na temat życia Howarda Hughesa, milionera zafascynowanego lataniem, wszak w domu Starka wisi śmigło, a największym wyzwaniem w budowanej zbroi jest napęd umożliwiający latanie. No i te kobiety…Oho, znowu zaczynam, a to już temat na inną rozprawkę, czy ktoś jest chętny?

Czas Fantastyki, nr 3, 2009.

Rosyjska dusza Catherynne

Nieśmiertelny Catherynne M. ValenteBaśnie są pochodną mitu. Niczym przepisane dla dzieci opowieści dla dorosłych, nie mówią wprost tego, co przekazywał wyraźny i okrutny mit. Dotarcie do jego pierwotnych warstw w legendzie czasem jest trudne, lecz doszukiwanie się ich w powieści może być uznane za nadinterpretację. Chyba, że autor wyraźnie wskaże drogę. Tak, jak uczyniła to Catherynne M. Valente w Nieśmiertelnym.

Wyraźny wzorzec mythic fiction można dostrzec już w pierwszym rozdziale, w rondzie rozpisanym na ptaki i małżeństwa, w trójkowych powtórzeniach niczym w ludowej piosence. Wewnętrzny rytm, który nadaje książce Valente motyw trójek, przeniesiony został z rejonu baśni, a powtórzenia są elementem nie tylko topiki baśniowej, ale i ludycznej. Natomiast motyw podarków trzech sióstr, dzięki którym bohaterka powraca do domu swego męża, wydają się typowe nie tylko dla poetyki baśni, ale i mitu. Valente nie zadowala się więc tylko ludycznością, baśniowością wprost z książek dziecięcych. Trawestuje opowieść o Kościeju Nieśmiertelnym i Marii Moriewnie, lecz czyni to z finezją, budując narrację w oparciu o metaforykę mitu. Magiczne drzewo przed domem dziewczyny, jest wyraźnie pośrednikiem pomiędzy światami, a samotność Marii w widzeniu „świata prawdziwego” nadaje jej szczególną rolę postaci granicznej, typowej dla mitologii.

Znakiem rozpoznawalnym narracji Valente będą skrajności w obrazowaniu miejsc: błogiego i magicznego Bujanu, arkadyjskiej Jajiczki, pełnego poległych placu bitewnego, niezwykłego domu przy ulicy Grochowej. Przestrzeń miejsc znanych przeciwstawiona zostanie miejscom obcym, groźnym, Bujan- krainie śmierci, dom- ulicy. Silnie sugestywny stanie się też opis życia w rewolucyjnym i wojennym Petersburgu/Piotrogrodzie/Leningradzie. Sielskość pokoju zastąpi groza wojny. W warstwie symbolicznej odwzoruje ten stan nieustanny konflikt życia i śmierci. Wszystko dąży tu więc do wyraźnego dualizmu, którego źródeł można szukać w słowiańskich opowieściach o pojedynku kosmogonicznym, w przypowieści o tym, jak dwaj demiurgowie, jasny i ciemny, solarny i chtoniczny, walczyli o władzę nad światem. Motyw ten Valente doskonale wykorzystała w obrazach walki cara życia i jego brata, cara śmierci. Znamienne, że nawet bogowie, demiurgowie światów magicznych nazywani są tu carami, rosyjskość przenika bowiem wszelkie granice tego świata. Niejaką ambiwalencją odznacza się postać Kościeja, który w baśni rosyjskiej wyraźnie uznawany jest za złego bohatera. W Nieśmiertelenym staje się carem życia, dzięki czemu pisarka może wykreować niebanalną i niejednorodną postać literacką. Nie do końca dobry, mroczny, skomplikowany wewnętrznie Kościej Nieśmiertelny zatrzymuje uwagę czytelnika.

Jego postać, podobnie jak inni mężowie u Valente, wpisuje się w kodzie mitycznym w osobę narzeczonego ze słowiańskiego mitu płodności. Ów konkurent przybywa na rumaku z daleka do domu dziewczyny, która ma na imię Mara, bądź Maria lub Marzanna. Droga ta jest uciążliwa, prowadzi przez góry i doliny, pola i grzęzawiska, ale wraz z nadejściem narzeczonego rozpoczyna się w okolicy urodzaj, czas obfitości. Wiosna pokonuje zimę. Odwróconą figurą tego motywu będzie zatem wędrówka Marii Moriewny z Kościejem do jego siedziby i symboliczna droga poprzez kolejne doznania zmysłowe, jako wstępowanie do sfery życia. Droga opłacona ofiarą. W micie słowiańskim Marię charakteryzuje pewna krwiożerczość, typowa dla persony nocy. Być może u Valente nawiązuje do tego ranga wojskowa Moriewny. Złą postacią jest też siostra Kościeja, podobnie jak siostra narzeczonego z mitu, która pragnie doprowadzić go do zguby.

Ciekawy i symboliczny jest u Valente dom, jako ośrodek wszechświata, czyli miejsce pierwsze. Maria mieszkając w kamienicy na Grochowej poznaje świat realny i magiczny, zza firanek obserwuje ulicę, uczestniczy w wielkim kole życia. Dom, to też siedlisko ludzi i duchów, żyjących w symbiozie, dopóki car śmierci nie zawładnie Leningradem. Ten topos, tak umęczony w literackim przetworzeniu, u Valente nabiera świeżości, właśnie poprzez połączenie jungowskiego wręcz wyobrażenia domu jako bezpieczeństwa z jego formą złotej klatki. Maria wszak z domu ucieka, by zacząć żyć samodzielnie i do niego wraca, by się odrodzić. Nie wiem, czy amerykańska pisarka była świadoma głębokich pokładów mitu w baśni o Kościeju Nieśmiertelnym i Marii Moriewnie, na której oparła swą książkę. Wydaje się, że tak, bo metafizyka, która przenika jej powieść sugeruje, że nie potraktowała baśni li tylko jako historii dla dzieci. Wszak każda baśń jest w gruncie rzeczy historią dla dorosłych, inaczej zapisaną.

Autorka Nieśmiertelnego jest Amerykanką, która żyje z Rosjaninem i z tego mariażu kultur powstała książka o uniwersalnym przekazie, choć bardzo zanurzona w tradycji wschodniosłowiańskiej. Właściwie zadziwia mnie, że o rosyjskim folklorze, baśni, micie ciekawie i niebanalnie może napisać dopiero zafascynowana Amerykanka. Jakby życie w tej kulturze było obciążeniem, brakiem dystansu i możliwości żonglowania motywami. Jakby jedyną możliwością, by napisać książkę tak przesiąkniętą rosyjskością, było oddalenie. Ale być może to, co wydaje mi się ową kwintesencją rosyjskości w wykonaniu Valente, tak naprawdę jest jedynie naszym o Rosji wyobrażeniem. Wyobrażeniem rosyjskiej duszy.

Bo być może w swym sercu i duszy Catherynne jest Rosjanką. Choć nie potrafię do końca zdefiniować czym owa rosyjska dusza jest, wiem, że nie można się z niej wyleczyć, wyszarpnąć jej i odrzucić. Rosyjska dusza bowiem utrudnia życie, ale rodzi się wraz z człowiekiem. Jest jak poezja od bladego świtu, niewykonalna i męcząca. Przypowieść Valente o rosyjskiej duszy, napisana w konwencji realizmu magicznego, czy też mythic fiction, staje się też opowieścią o udręce kobiety. I o miłości, co jak owa poezja: trudno bez niej żyć, choć wszystko utrudnia.

Historia o Marii Moriewnie jest w końcu o tym, jak zakochana dziewczyna dojrzewa do buntu, samostanowienia i poczucia ważności. O kobiecie zakochanej w życiu i śmierci, w dobrym i złym, w poddaniu się i sprawowaniu kontroli. O fatalnym zauroczeniu, niebanalnym związku i zmęczeniu niezwykłością. Maria Moriewna to ktoś, kto ma duszę rosyjską na wskroś, szarpiącą się między autodestrukcją a panowaniem, między uleganiem silniejszemu mężczyźnie a wyrywaniem się do życia ze słabszym. Każdy z nich jest właściwy dla jednej ze stron Marii, bo ma ona wewnątrz wyraźną dychotomię, bo kocha i nienawidzi tę sprzeczność w samej sobie, niedotykalną boleść życia. Więc historia Marii Moriewny jest opowieścią o kobiecie totalnej, o jej wyborach, o jej doznaniach samotności i niezrozumienia, oddania i niewdzięczności. Jej dochodzeniu do akceptacji inności i słabości mężczyzny, budowania małżeństwa. Choć rozpisana w konwencji uniwersalności baśni, niesie też uniwersalność losu kobiety, rozpiętego między wyborami trudnymi do zaakceptowania.

Catherynne M. Valente należy do tych pisarek, które nie naśladują męskiego pisania i nie próbują niczego udowodnić. Jej metoda twórcza jest spójna i wyraźna, poetyka rozpoznawalna, wrażliwość metafizyczna. Piękno porównań, metafor, zaskakujące zestawienia pozwalają na doznanie prawdziwego spotkania z twórcą. Nosi w sobie niezmierzone światy wyobrażone, meandry uczuć a posługując się w narracjach niezwykłą stylistyką quasibaśni, wzbudza w czytelniku zachwyt i niepokój. Zwłaszcza w obrazie rewolucji, widzianej z okien spiżarni.

C. M. Valente, Nieśmiertelny, przeł. R. Waliś, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2012.