Zarządzanie intymnością. Twardoch i Knausgård

Pisanie jest zawsze obnażaniem. Pisarz to ekshibicjonista. Ci, którzy chcieliby pisać ale boją się pokazać siebie, muszą zrezygnować z jednej opcji. Albo z pisania, albo ze strachu.

Przełamanie lęku wcale nie musi oznaczać pełnej otwartości. Intymność może być przez pisarza dozowana. Może on wręcz zarządzać intymnością, obierać strategie, wskazywać trendy.

Jak Twardoch.

Jak Knausgård.

W dzienniku „Wieloryby i ćmy”, Szczepan Twardoch pokazuje nam siebie przez intelektualny dyskurs. Karl Ove Knausgård, w autobiograficznej prozie „Moja walka”, funduje nam emocjonalny striptiz. Obaj się sobie przyglądają z perwersyjną ciekawością, lecz każdy na swój własny sposób.

Wszystkie „sprawy świata tego” zawarte w dzienniku Twardocha: książki, inni pisarze, myśli i idee budują jego obraz jako kogoś niezmiernie interesującego, ale odległego. Śląski, warszawski, marokański mikrokosmos, Spitsbergen, podróże, przyjaciele i piękne nieznajome kobiety na warszawskiej ulicy wypełniają kolejne strony książki, definiując autora jako obserwatora świata. Fascynata drobnych przyjemności w codzienności. Ale to także świat imaginacji, transgresji i tematu potencjalności, stale pojawiającego się w tekście: „interesuje mnie to co być mogło, a nie to co rzeczywiście było” (Twardoch s. 140). W tym kontekście rozpoczęcie książki narodzinami syna, czyli nowym życiem/wielkim otwarciem, jest zapowiedzią przewodniego motywu człowieka przyglądającego się światu.

Ale świat dzienników to także świat ocenzurowany.

Autor nie pokazuje się ani razu w sytuacji niekontrolowanej. Nie pisze dla siebie samego, tak jak tworzy się zazwyczaj dziennik, bo sam siebie chroni cały czas. Nie ma tu żadnej sytuacji żenującej, wstydliwej, nawet gdy czytamy „jestem głupi”, „nic nie wiem”, czujemy że to kokieteria, przekora, że to takie jednak mądre, iż autor czuje pokorę wobec toczącego się obok i w człowieku świata. Czytamy bardzo dużo słów o myśleniu, spostrzeganiu, analizowaniu, ale niewiele o emocjach, uczuciach, nawet w sytuacjach i dialogach z synami. Widzimy ojcowską bezradność ale i dumę wobec mądrości dziecięcej. I potencjalność, która się otwiera w związku z ich dorastaniem.

Twardoch nie decyduje się na pełne odkrycie, nie pokazuje tekstów sprzed 2007 roku. Ma do opowiedzenia bardzo istotną i osobistą historię, ważną też pokoleniowo. Historię o zmianie swych poglądów, o zmianie stylu pisarstwa, o dojrzewaniu do artystycznej drogi. O stawaniu w opozycji do siebie samego. Interesujący moment transfiguracji, zmagania się z tym co dotychczas, przeistaczania się. To osobiste doświadczenie jest niczym opowieść o drodze inicjacyjnej a „Wieczny Grunwald” staje się próbą bohatera. Jako czytelnika „Dzienników” interesuje mnie ten właśnie moment biografii. Interesuje mnie JAK to się stało, że pisał średnio dobre książki a potem stał się doskonałym, europejskiej klasy pisarzem. Kiedy i jak wydobył z siebie ten talent, ten niezwykły nieprzeciętny zasób wrażliwości, umiejętności w opisie świata. Chciałabym by się tym podzielił, by to odsłonił, pokazał, ale tak się nie dzieje. Omija całą epokę, udaje że jej nie ma, że nie ma tego autora sprzed „Wiecznego Grunwaldu”, zaangażowanego, buńczucznego, gadającego bzdury, piszącego książki poniżej swojego poziomu. Ale rozumiem go.

To intymna historia narodzin i należy tylko do niego.

Rzecz prywatna, osobista, prawdziwie dziennikowa, nie kreacyjna, nie literacka. Podzielenie się tym byłoby aktem odwagi a nawet pewnego szaleństwa, wystawienia się na żer, odsłonięcia podbrzusza. Nie każdego stać na prawdziwy ekshibicjonizm i nie każdy go chce. Odarcie się z formy pieczołowicie budowanej, skrupulatnie układanej musi znamionować jakiś rodzaj autodestrukcji, której Twardoch zwyczajnie nie ma. Bo ta otwartość jego „Dzienników”, pewna wylewność intelektualna jest wiwisekcją pozorną, przemyślaną strategią, wierzchołkiem góry lodowej, której autor w całości nie pokaże nigdy. A z pewnością teraz nie jest na to gotowy.

Dlatego autokreacja dzienników nie podoba się tak wielu czytelnikom. Wielka narracja o życiu nieprzeciętnie wrażliwego i inteligentnego mężczyzny, gdzie KREACJA wyłazi nachalnie z ram książki i czujemy jej szwy. Skrupulatnie przejrzany dziennik daje nam bezkrwistą, emocjonalnie wypraną postać, która nie popełnia błędów i nigdy nie jest idiotą. Twardoch z wielkim mozołem buduje sobie w „Dziennikach” postać Pisarza. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież jego warsztat, pracowitość, talent, wizja, myśl w zupełności mu to budują. Popada przy tym w megalomański samozachwyt, który wszyscy mu teraz wypominają. Ale wszak czytali te teksty wcześniej na autorskim profilu Facebooka i w internetowej wersji dziennika, zdjętego z sieci kilkanaście miesięcy przed publikacją książkową. Czytali i klikali „lajki”. Sama klikałam. Co jednak jest dobre w „fejsbukowym” poście, nie zawsze zagra w druku. I to jest chyba właśnie ten przypadek. Druk wciąż jeszcze znamionuje inny rodzaj intymności, być może wynikły z fizycznego spotkania czytelnika i książki.

I w taki sposób ta zaplanowana twardochowa „intymność” staje się rodzajem nieszczerości, w przeciwieństwie do pisarstwa Karla Ove Knausgårda, który jest wariatem innego rodzaju. Choć nie decyduje się na dziennik tylko powieść autobiograficzną, to przez metodę pisarską jaką stosuje jego książka ma siłę rażenia tornada. W swojej metodzie twórczej staje się wręcz nieprzyzwoity, przekracza ustalone granice intymności. Nie czuje się w tej książce redakcji, skrupulatnego wybierania tekstów do druku, wręcz przeciwnie, dominuje pewna niezgrabność, chropowatość, nierówność fragmentów nudnych i fascynujących, spontaniczność zapisu myśli, uczuć i wspomnień, które generują u czytelnika silne emocje. Choć nie sądzę, by nie redagował jej zupełnie, to jednocześnie odnoszę wrażenie że nie mógł mieć pełnej kontroli nad rzeczą, która ma sześć tomów, a każdy z nich po 600 stron.

W przeciwieństwie do autora „Dracha”, który zaczyna swój tekst od narodzin syna – symbolicznego i fizycznego opisu życia, autor „Mojej walki” wita nas opisem śmierci i rugowania umierania z życia społecznego. Nota bene to temat też bliski Twardochowi, który przecież powtarza, że należy często myśleć o śmierci. Tuż za dywagacją o naturalności entropii pojawiają się u norweskiego pisarza dzieci, w bardzo sugestywnym opisie nieopanowanej złości na potomków, ich męczącej dziecięcości, dręczących pytań i chaosu jaki wprowadzają w życie. To zderzenie życia i śmierci, niepoprawność i brak autocenzury powoduje, że czytelnik już na pierwszych stronach doznaje poczucia emocjonalnego obnażenia autora, co wprowadza silny dyskomfort u odbiorcy. Czytając, zanurzamy się głęboko w życie pisarza, bez maski tlenowej, bez chwili wytchnienia. Intymność, którą nam ofiarowuje, inicjuje poczucie uczestniczenia w życiu bliskiej osoby. Niepokój, który zostaje po lekturze, nie chce nas opuścić, nie odnajdujemy swojej „strefy komfortu”, pozostając przez długi czas w świecie wyobrażonym. Ta książka nosi więc w sobie wielki potencjał terapeutyczny nie tylko dla autora, ale również dla czytelnika. Uczestnicząc w jego nachalnym przeżywaniu siebie, przeżywamy też silnie własne niepokoje, zapomniane lęki lat młodzieńczych, stare niezabliźnione rany, by na koniec, umęczeni, doznać rodzaju literackiego katharsis. Czytając o klęskach bohatera, patrząc na jego straty, czujemy się niczym w starożytnym teatrze, gdzie aktor-Karl Ove odgrywa przed nami nasze lęki.

Być może dlatego prawdziwym Tematem Knausgårda nie jest życie pisarza czy „jego walka” ale właśnie obnażenie całkowite, możliwe w sytuacji skrupulatnego zapisu sytuacji i stanów emocjonalnych. Pokazując się w ułomności, w młodzieńczej głupocie i samotności stawania się sobą, autor całkowicie i świadomie pozbawia się bezpiecznego dystansu.

Gdyby ta książka nie była tak sprawnie napisana, mogłaby stać się przykładem totalnej prozy grafomańskiej, lawiny autoopisu. Ale Knausgård unika tego dzięki posłużeniu się swoim życiem jako rodzajem kanału komunikacyjnego z czytelnikiem w dyskursie o intymności. Pisarz chce się spotkać w całkowitej szczerości siebie, traktuje siebie jako tworzywo pisarskie, jako rodzaj materii. Nie posiada wstydu ale nie tworzy też znanej formy. To raczej komunikat: nie mam nic do ukrycia, pokazałem siebie w głupocie i w małości, w zacietrzewieniu i w pretensjonalności, bo tylko takim rodzajem intymności mogę mówić prawdę o człowieku.

Ten rodzaj pisania o sobie jest zupełnie odmienny od taktyki stosowanej przez Twardocha. Twardoch to grzeczna niegrzeczność, Knausgård to programowa samotność. Autor „Morfiny” zaznacza w dzienniku, że pisarz pracuje cały czas, bo wciąż i stale przygląda się sobie i światu, ale w obliczu prozy Knausgårda, jego bezwzględności wobec siebie i tej wściekłej wersji intymności, dziennik Szczepana staje się po prostu zbiorem esejów. Lub też, rodzajem gatunkowej sytuacji à rebours, w której dziennik jest rodzajem powieści a powieść intymnym wyznaniem o cechach dziennika.

Sz. Twardoch, Wieloryby i ćmy. Dzienniki 2007-2015, WL, Kraków 2015.

K.O. Knausgård, Moja walka. Księga 1, WL, Kraków 2014.

Reklamy

2 thoughts on “Zarządzanie intymnością. Twardoch i Knausgård

  1. Fajnie mi się to czytało, bo od jakichś dwóch lat mocno kminię kwestię, na ile powinno się odsłaniać siebie, kiedy się tworzy. Mam gdzieś mocno zakodowane, że się za bardzo nie powinno, ale nie wiem, czy to nie jest bardziej wewnętrzny przesąd, niż prawdziwy głos sumienia. Ale autokreacji jako takiej w utworach à la dzienniki chyba bym broniła, o ile jest dobra. Gombrowiczowi jak to przecież ładnie wychodziło. Może u Twardocha to nie zagrało nie dlatego, że był za mało ekshibicjonistyczny, tylko dlatego, że zmontował tę autokreację mało ciekawie? Cóż, muszę te „Wieloryby i ćmy” przeczytać jeszcze raz na spokojnie, bo pierwszy raz tylko przerzuciłam…

    • Dziękuję, masz rację, poniekąd to kwestia montażu, bo wybór tekstów do dzienników jest decyzją literacką. Zgadzam się, że Gombrowiczowi to dobrze wyszło, podobnie jak Tyrmandowi, choć nieźle konfabulował. Mnie nie zagrało u Twardocha to ostentacyjne pisanie o sobie, które w gruncie rzeczy nic ważnego nie mówi, i jest moim zdaniem zasłoną dymną dla czytelników. A nad kwestią doświadczenia jako źródła tekstu literackiego i przez to odsłaniania siebie też się zastanawiam:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s