Tajemnice rodu Brontë

Fenomen rodziny Brontë, ponadczasowy, nieustający, niezaprzeczalny to nic innego jak fenomen potrzeby mitu, legendy i formuły, w którą można ubrać wymykające się zjawisko literackie jakim była twórczość Actona, Ellisa i Currera Bellów. Utwory opublikowano po raz pierwszy w latach 1847 – 1855, przy czym w 1857 ukazało się pośmiertnie wydanie Profesora Currera Bella. Z rozmysłem nie pisze o nich jako o siostrach, kobietach, pisarkach z rodu Brontë. Po lekturze książki Eryka Ostrowskiego Charlotte Brontë i jej siostry śpiące nic bowiem nie jest tak pewne jak kiedyś.

Kiedyś wszystko było prostsze. Emily napisała Wichrowe Wzgórza, Charlotta Dziwne losy Jane Eyre, potem pojawiła się jeszcze w polskim przekładzie Villette najstarszej siostry. Inne powieści: Shirley, Profesor Charlotty Brontë oraz Lokatorka Wildfell Hall i Agnes Grey Anny Brontë nie zostały przetłumaczone i nie można się było rozkoszować lekturą. Zmieniło się to w ostatnich latach, wydawnictwo MG postanowiło wydać w Polsce wszystkie utwory sygnowane nazwiskiem Brontë oraz pracę Eryka Ostrowskiego – krytycznoliterackie studium twórczości.

Przez wiele lat polski czytelnik nie miał wątpliwości, kto jest kim w rodzie Brontë, bo rozpisane przed laty role zakorzeniły się w umysłach czytających i badaczy. Obydwie pozycje biograficzne o Brontëch, czyli Na plebanii Haworth Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (1990) i Siostry Brontë Ewy Kraskowskiej (2006) musiały wystarczyć polskim fascynatom córek pastora. Oczywiście Anglosasi zajmujący się tą twórczością mnożyli wątpliwości, podważali i dociekali, jednak do polskiej myśli literaturoznawczej niewiele się przedostawało, badacze okresu romantyzmu nie zajmują się bowiem powieścią wiktoriańską (co się rozumie samo przez się, skoro w podobnym czasie tworzył wielki Mickiewicz i nie mniej wielki Słowacki). Ale i polska proza tamtego okresu jest przez historyków literatury często traktowana po macoszemu, podobnie bowiem postrzegana była przez współczesnych. Literaturoznawcy niechętnie zajmują się prozatorskimi utworami realistycznymi/psychologicznymi tego okresu. Zupełnie zapomniane są dziś słynne powieści obyczajowe Józefa Korzeniowskiego z połowy XIX wieku, takie jak Spekulant (1845) czy Kollokacja (1846). Najłagodniej czas obszedł się z dorobkiem Józefa Ignacego Kraszewskiego, jednak jego wczesne utwory z okresu wołyńskiego, czyli Całe życie biedna z 1840 roku i Milion posagu z 1847 nie funkcjonują w powszechnym odbiorze romantyzmu w Polsce. Z Kraszewskim kojarzona jest natomiast jego proza z lat `80., z cyklu saskiego czy historii Polski, albo wcześniejsze utwory z cyklu ludowego jak Ulana z 1842, bądź Chata za wsią z 1855.

Oczywiście poza mężczyznami prozę pisały też w połowie XIX wieku polskie kobiety, choć im trudniej było się przebić, a może nie starczyło talentu. Najsłynniejsza polska pisarka tamtego czasu, Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, tworząca w latach `30 i `40, która podobnie jak Brontë utrzymywała się z pracy twórczej i była nauczycielką na pensji dla dziewcząt, jest absolutnym przeciwieństwem buntu i potrzeby niezależności – dwóch sił twórczości Charlotty Brontë. Hoffmanowa uwielbiała pracę nauczycielki, wychowawczyni, pisała książki dla dzieci, wizytowała pensje dla młodych panien. Jednak nie miała w sobie ducha walki i ognia niezgody jaki cechuje Wichrowe wzgórza czy Jane Eyre. Ale już Narcyza Żmichowska, autorka Poganki z 1846 roku, guwernantka, uczennica Hoffmanowej, zagorzała emancypantka studiująca na Sorbonie i zaangażowana w świadome nauczanie dziewcząt, wyrastała z tego samego nurtu wczesnego feminizmu co Charlotta. Ale kto o Żmichowskiej w Polsce słyszał? Studenci polonistyki i działacze LGBT.

Wracając do tajemnicy Brontë. Eryk Ostrowski w swojej książce przedstawia hipotezę, za kanadyjską badaczką Michele Carter (Charlotte Brontë’s Thunder: The Truth Behind The Brontë Sisters’ Genius, Vancouver, 2011), iż autorką wszystkich powieści sygnowanych nazwiskiem Brontë czy pseudonimem Bell jest jedna osoba: Charlotte Brontë. Teza to karkołomna i kiedy się czyta początkowe fragmenty pracy odnosi się wrażenie, że ktoś tu chce na sensacji upiec ciasto krytyczne. Niekiedy poczucie nadinterpretacji jest tak silne, że powoduje w czytelniku westchnienie i brak poważnego traktowania wywodu. Z czasem jednak, zwłaszcza w części dotyczącej autorstwa Wichrowych Wzgórz argumentacja wydaje się sensowna. Ostrowski podaje za innymi badaczami, iż książka mogła powstać w kooperacji siostrzano -braterskiej, Charlotty i Branwella. Pisze bardzo przekonująco o więzi jaka istniała między rodzeństwem, odtworzonej na polu emocjonalnym w Wichrowych… O męskim autorstwie powieści mówiono wielokrotnie wcześniej, więc nie jest to zupełne novum. Podważanie autorstwa Emily, która nie wydała poza poezją żadnej książki a do tego jej wczesne utwory zaginęły, ma więc racjonalne przesłanki. Bo przecież pisarz by się rozwijać, musi pisać. A pisali od zawsze Charlotta i Branwell. Z drugiej strony jednak iluż jest autorów jednej powieści, jednego bestselleru? Z kolejnej, powieść ta ma ewidentnie inną poetykę, ale czy mało jest debiutów literackich różniących się od reszty twórczości?

Także uzasadnienie finansowe, czyli przypisania książek trzem autorom kryjącym się pod pseudonimami: Currer, Ellis i Acton Bell – dzięki czemu każda z sióstr miałaby zapewnione dochody z tantiem pisarskich, nie wzbudza we mnie zastrzeżeń. Nie tylko dlatego, że jak pisze Ostrowski podobny zabieg rozdzielenia majątku zastosowała Charlotta w Jane Eyre. W przypadku sytuacji rodziny z plebanii Haworth dochód pozwalający żyć spokojnie w sytuacji śmierci ojca, bez konieczności pracy w charakterze guwernantek był dla sióstr rozwiązaniem idealnym. To solidarność, czy raczej sprawiedliwe rozdzielenie ról w rodzinie – jedna pisze, bo umie, inne się podpisują by zabezpieczyć interesy w razie śmierci ojca. To wiek XIX, kobiety niewiele mogą w sferze materialnej. Ten zabieg przypomina współczesne zapisywanie samochodu na matkę, sklepu na żonę a domu na córkę, by w razie bankructwa firmy coś zostało.

Trudno bowiem mi uwierzyć, nawet przy najlepszych chęciach, zupełnie poważnie i z zachowaniem dystansu, by w jednej rodzinie pojawiły się trzy tak zdolne pisarki. Ostrowski dużo pisze o potrzebie legendy, o wykreowaniu przez Charlotte mitu piszących sióstr, o zabezpieczaniu tej informacji i pilnowaniu by nikt nie odkrył tajemnicy. Bo przecież pierwsi czytelnicy i pierwsi wydawcy, nie nasiąknięci jeszcze legendą mówią wprost: autor jest jeden. Książki pisze jedna i ta sama osoba. Być może zatem tak trudno nam uwierzyć, że tylko Charllota pisała, bo cała rodzina Brontë jest dla nas owiana silną legendą, mocno zmitologizowana, tak przywykliśmy do myśli o delikatnej Anne, silnej Emily i zbuntowanej Charlotte, że nie sposób już myśleć o nich w pierwotnych kategoriach po prostu osób, kobiet, mieszkanek plebanii, bez całej tej „opowieści”. To właśnie, że nie chcemy wierzyć pierwszym odbiorcom dzieł, którzy mówią o podobieństwie poetyk, wydaje mi się chciejstwem czytelników. Legenda jest przecież tak piękna, romantyczna, smutna, buduje taki „klimat” wokół powieści, odpowiada na nasze potrzeby tajemniczości, geniuszu, grozy, niesamowitości i doskonale się spisuje. Charlotte jako guwernantka, czyli Jane Eyre, Emily jako okrutna Katarzyna z Wichrowych, delikatna Anne jako Agnes Grey. Wszystko nam się zgadza, układa, pasuje. Nie odróżniamy fikcji od rzeczywistości, biografii od literatury, bo chcemy by tak właśnie pozostało.

Ostrowski obnaża to nasze pragnienie zachowania legendy, choć sam ulega mieszaniu życia i fikcji. Silny biografizm jaki autor stosuje w interpretacji powieści wydaje mi się miejscami nieadekwatny. Nie wówczas gdy próbuje zbudować profil psychologiczny Charlotty, ale w dopasowywaniu wydarzeń z życia pisarki do fabuł powieściowych. Twórca jest twórcą, czerpie z doświadczeń emocjonalnych ale nie zawsze ze zdarzeń w których uczestniczył. Ostrowski, jakkolwiek pisze zajmująco owemu chciejstwu ugruntowania tezy na spekulacjach niekiedy niestety ulega. Co jednak nie umniejsza pracy, którą wykonał. Choć jednocześnie wydaje się, że fragmenty dotyczące biografii sióstr zbudował na pracy Anny Przedpełskiej – Trzeciakowskiej.

Można więc tę książkę przeczytać i ulec czarowi rozwikłania tajemnicy, ale można też zignorować, wnosi bowiem nowe światło, które nie każdemu odpowiada. Czyni to ponadto nie zawsze w tonie rzetelnej krytyki literackiej, lub po prostu w duchu krytyki eseistycznej. Dużo tu domysłów, spekulacji, przypuszczeń, wątpliwości, mniej konkretnych faktów, choć trzeba oddać sprawiedliwość Ostrowskiemu, że się do tego szczerze przyznaje. Czy książka wywoła rewolucję w badaniach literackich, która każe nam podpisywać Lokatorkę z Wildfeld Hill czy Wichrowe wzgórza nazwiskiem Charlotty Brontë? Nie sądzę, nie udało się z Szekspirem, choć udało się z Polidorim i Wampirem przypisywanym początkowo Byronowi. Skądinąd Polidori sam zadbał o to, by autorstwo wróciło do niego. Jakiż bowiem byłby kłopot odebrać dziś genialnemu, legendarnemu Byronowi pierwszego nowożytnego wampira? Czy ktoś by uwierzył, że autorem nie jest Byron, ten Byron? Czy ktoś uwierzy, że autorem nie jest Emily Brontë? Ta Emily?

 E. Ostrowski, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące, mg, Kraków 2013.

Reklamy