Przypadek Twardocha

W tym roku (2013) Szczepan Twardoch ponownie nie dostał nagrody na NLG. Tym razem nominowaną książką była Morfina, „czarny koń” kategorii: proza. Niewielu z jego dzisiejszych wielbicieli pamięta, że w zeszłym roku Twardoch także był nominowany, za zbiór opowiadań Tak jest dobrze. Gdyby nie Paszport Polityki byłby więc mistrzem nominacji. Cała nadzieja w NL Nike.

Poniższy tekst, przedstawiony tu w skróconej formie, napisałam rok temu. Przemysław Rydzewski w najnowszej „Blizie” pisze, że Twardoch stał się pisarzem przy Morfinie. Mnie się jednak wydaje, że wcześniej. Bo jakkolwiek najnowsza książka jest świetna, to przecież jej autor wydał jeszcze Wieczny Grunwald i Tak jest dobrze.

BYĆ JAK SZCZEPAN TWARDOCH

Szczepan Twardoch nie dostał „kostki” za prozę na tegorocznej (2012) edycji Nagrody Literackiej Gdynia. To żaden wstyd przegrać z Magdaleną Tulli i jej Włoskimi szpilkami a mimo to szkoda. Nominacja pokazuje jednak, że Twardoch wyzwolił się już z przestrzeni naznaczonej i stał się po prostu pisarzem, nie pisarzem fantastycznym.

Nie stało się to w Gdyni przy okazji nominacji, lecz wcześniej, gdzieś około 2010 roku, gdy napisał Wieczny Grunwald. Jeszcze nie wydał, ale już napisał, już powstała, już się stała. Twardoch od zawsze wiercił się na gatunkowym krześle, a gdy w końcu z niego zszedł, zaczął przyglądać się światu z bliska. Jeśli stawiał historiozoficzne tezy to tylko w kontekście człowieka uwikłanego w Historię i uwikłanego w Emocje. Dobrze to zrobiło jego pisarstwu, to rozpostarcie skrzydeł, rozprostowanie kości w zastałych schematach. Odchodzenie od ideologii na rzecz literatury wyciągnęło z Twardocha Pisarza. Wieczny Grunwald stał się zapisem zmagań człowieka z przekraczaniem siebie, transgresją twórcy. Czuć w nim posokę, czuć śmierć i odrodzenie, przekształcenie. Można się upierać, że to książka fantastyczna, historia alternatywna, w dodatku wydana w serii „Zwrotnice Czasu”. Ale powiedzieć o niej, że to po prostu fantastyka to jakby ją pomniejszyć, zawęzić, upchnąć do formy, bo przecież fantastyczność jest sposobem nie treścią, drogą nie celem. A Wieczny Grunwald to książka totalna, skończona, ważna, literacko zaskakująca i absolutnie wyróżniająca się spośród prozy, która się wówczas ukazała. I tak nieszczęśliwie, za szybko zapomniana. To najlepsza z rzeczy napisanych dotychczas przez Twardocha i to za nią należą mu się nagrody, a przecież dostał jedynie wyróżnienia. (Gdy piszę te słowa jego Morfina jest jeszcze w zapowiedziach).

W podobnym czasie pisarz złożył tom opowiadań, wydanych przez Powergraph w 2011 roku. Nominowany do NLG zbiór Tak jest dobrze składa się z sześciu tekstów, pozornie tylko bardzo od siebie oddalonych. Łączy je bowiem braterstwo krwi, strachu i samotności. Zapisane przez Twardocha historie dotykają delikatnej materii granic cywilizacji, przypadkowości śmierci, negatywnych emocji i utraty niewinności. W pierwszym odczytaniu są opowieściami o ludziach ułomnych, z jakiegoś powodu bezlitośnie szturchanych przez życie: starego snajpera, ojca ukrywającego się przed córką, dziewczyny zakochanej w szkolnym koledze, fajtłapowatego księgowego, zakompleksionego architekta, samotnego podróżnika. Ale już w trakcie lektury czujemy, że są nośnikami uniwersalnych emocji i lęków, stanów niedopasowania.

Układ poszczególnych opowiadań w tomie wydaje się starannie przemyślany: zamknięta i cykliczna klamra tematyczna śmierć-życie-śmierć, bądź konstrukcja liniowa życie-miłość-śmierć. W pierwszym przypadku opowiadanie rozpoczynające cykl (Gerd) łączy się z ostatnim (Tak jest dobrze) poprzez eksponowany temat śmierci. Historie życia Gerarda i Nikodema dotykają sfery umierania, w wymiarze oczekiwania na śmierć, jej zadawania, kruchości ludzkiego ciała w zderzeniu z wojennym rzemiosłem czy fauną dalekiej Północy. Niejaka dominanta śmierci wystąpi też w drugim opowiadaniu (Ona płynie w moich żyłach), w którym mężczyzna staje się łowną zwierzyną, życie przywilejem a on sam doświadcza prastarego strachu przed nie-byciem.

W przypadku drugiego sposobu interpretowania kompozycji, historia starego snajpera Gerda stanie się zapisem ludzkiej egzystencji wplątanej w Historię. Spoglądaniem wstecz na życie, które jest niczym rewers wielorakiej śmierci. Wobec takiej historii opowieści o miłości, pożądaniu i zniewoleniu staną się alternatywą i odpoczynkiem przed ostatnim tekstem o odchodzeniu Nikodema w dobrowolną śmierć. Opowieść o Nikodemie i Dorocie to także narracja o nagłej śmierci uczucia, przekraczaniu granic między życiem a śmiercią, transcendencji oraz wstępowaniu w niebyt przez szaleństwo i miłość.

Poza takim objaśnieniem najciekawiej jednak rysuje się odczytanie tekstu Twardocha poprzez odwołanie do pojęć-kluczy, wyraźnych toposów, wokół których ogniskują się obszary znaczeń. Pierwszym z nich będzie strach: przed śmiercią, życiem, odrzuceniem, zniewoleniem, samotnością. Bohaterowie tych opowiadań cali utkani są z lęków. Gerd boi się czarnych bogów wychodzących ze wspomnień, Paweł kobiet czyhających na ulicach miasta, Paulina świata wokół, Marek samotności, Włodzimierz matki wszechwiedzącej, Jacek odrzucenia i utraty kontroli a Nikodem życia, gdy traci to, co życiem było. Strach pobudza ich do działania, albo przeciwnie zniewala, jest kodem uciśnienia, albo walki. Odmiany strachu ukazują niezmienną prawdę, że stale żyjemy w lęku, od niego, niczym w rozgwieździe, emanować będą w opowiadaniach Twardocha inne uczucia i stany organizujące świat bohaterów.

Strach będzie towarzyszył agresywnej kobiecości, która pojawi się nie tylko w opowiadaniu Ona płynie w moich żyłach. Przemoc seksualną stosuje Paulina z Masary. Drapieżny seksualizm pojawi się w przypadku doktor Niezgody z Uderz mnie. Słaby mężczyzna i silna starsza kobieta to też układ Dwóch przemian Włodzimierza Kurczyka. Agresję w kontakcie wykorzysta też przyjaciółka Włodzimierza, Kalina. Zarówno Paulina z Masary jak Kalina z Przemian traktują swoje ciało w kategoriach przydatnego przedmiotu zemsty. Seks jest źródłem dominacji w przypadku relacji Niezgody i Jacka Barcza ale może też stać się jedyną drogą do odzyskania własnej tożsamości, wysupłania człowieczeństwa z kłamstwa i formy. To historia Paulina, która dzięki przemocy zakończy cykl odzyskiwania siebie.

Z seksem wiąże się też szerokie pojęcie ciała, w narracji Twardocha obecne we wszystkich opowiadaniach. Ciało może być słabe bądź silne, brzydkie lub piękne, pożądane albo wstrętne, lecz zawsze jest ważne, stanowi źródło emocji i spostrzeżeń. Silne ciało to ciało Gerda, stare, żylaste, przyzwyczajone do trudów podobnie jak ciało podróżnika Nikodema. Nad sylwetką stale pracuje Marek, pokryte tatuażami stanowi jego wizerunek, nosi znak jego życia, buduje tożsamość, dopełnia społeczną rolę muzyka rockowego. Ukrywa też jego nieporadność, dziecięcość, niedojrzałość. Ciało silne i wysportowane ma także Jacek Barcz. Wypielęgnowane, zadbane, odziane w szyte na miarę garnitury ciało nowoczesnego mężczyzny stanowi jego broń i zasłonę. Ubiór stanie się formą, która niczym teatralny kostium stworzy Architekta Barcza. Pozwala narzucić dystans i uległość wobec właściciela, daje siłę i kryjówkę, maskuje jego tęsknoty.

Forma w postaci rzeczy drogich i pięknych pozwala też ukrywać słabe ciało Włodzimierza Kurczyka. Opisy jego fizjonomii i zaniedbania, rozlazłość zewnętrzna łączy się z niezbornością wewnętrzną, jakby ciało odzwierciedlało dyscyplinę duszy, silną lub słabą psychikę, męskość lub niemęskość. Antynomię tę widać też w Gerdzie, w którym stary, silny ojciec ma także wyrazisty charakter a syn o ciele tłustym i białym jest niczym pływająca po morzu życia ameba. Ciało absolutnie zdominuje życie siedemnastoletniej Pauliny, która pragnie „rozebrać się z ciała”. Ogromna soma Pauliny jest przekleństwem. Więzi ją ludzkie spojrzenie, bo ciało w Masarze rozpatruje się w kontekście triady patrzenie-oglądanie-ocenianie. Paulina uwięziona w spojrzeniu, w ocenie, która przynosi upokorzenie i odrzucenie, nie przekroczy progu samoakceptacji, lecz dokona zrzucenia powłoki, znienawidzonej formy słabego ciała.

Kondycja ciała może się też wyrażać w fizycznej niemocy wobec niebezpieczeństwa, lub w jego przełamywaniu, jak w opowiadaniach Ona płynie… i Tak jest dobrze. Wobec natury i nadnaturalnego ludzka cielesna powłoka może nie spełnić oczekiwań bądź przeciwnie, dobra kondycja fizyczna chroni i pozwala uciec. Nikodem wspomaga się bronią i pułapkami, by chronić się przed niedźwiedziem, Paweł po prostu ucieka, by nie zginąć. Słabość ciała w konfrontacji z przyrodą bądź nadprzyrodzonym fenomenem odzwierciedla układ natury: drapieżnik-ofiara. Przynosi także uczucie totalnej samotności w obliczu zagrożenia, konfrontacji z sobą, zanurzenia się w sobie, zastygnięcia. Samotność to kolejne doświadczenie dotykające wszystkich bohaterów Twardocha. Samotny jest stary Gerd i jego niekochany syn, Paweł wśród ruin świata, gruba Paulina i Marek – lokalna gwiazda rocka. Z uczuciem osamotnienia przez całe życie zmagać się będzie rodzeństwo z Dwóch przemian…, architekt Jacek Barcz i Nikodem w podróży przez tundrę Spitsbergenu. Ich samotność będzie jednak uwikłana w kontekst. Odmienne stanie się starcze odosobnienie wdowca Gerda w pamięci czynów, inne wyobcowanie młodej Pauliny w zderzeniu z brakiem akceptacji, zupełnie różna sytuacja Nikodema, który dobrowolnie przyjmuje samotność.

Stan ontologicznej osobności bohaterowie usiłują przełamać na dwa sposoby. Jednym z nich jest świadome ojcostwo. Próbuje tego Gerd, lecz potrafi kochać tylko podobne: silne, mroczne, męskie. Przełamuje więc samotność ojcostwem połowicznym, nikłą, choć nieustającą fizyczną obecnością syna. U Twardocha ojcostwo reguluje porządek świata, inicjuje stałość, dojrzałość i sens. Tak zaczyna się opowiadanie Ona płynie w moich żyłach. W totalnej katastrofie jaka następuje rozpada się nie tylko świat zewnętrzny, załamuje się też naturalny rytm życia, w którym rodzice opiekują się dziećmi, kochają niewinne i słabe. Zderzenie cywilizacji z barbarium pozbawia bohatera jednej z wykładni porządku cywilizacyjnego. Skoro jego dziecko niesie zagrożenie – bycie ojcem jest chorobą śmiertelną. Ojcostwo mogłoby stać się ratunkiem dla Jacka Barcza, gdyby chciał nieskalany, nietknięty złem świat córki za wszelką cenę ochronić. I w końcu ojcostwo ratuje i pogrąża zarazem Nikodema z tytułowego opowiadania Tak jest dobrze. Wędrówka z synem chroni go przed bólem, daje szaleństwo bądź metafizyczną prawdę po to, by wytrwał i znalazł inny sens na końcu swej drogi. Jego mały syn jest świetlistym punktem życia, rozmowy z nim są niczym dotknięcie boskiej cząstki w człowieku. Nikodem bez rodziny jest jedynie samotnym podróżnikiem, zastygłym w bólu, lecz syn niesie mu nowy wymiar egzystencji.

Innym sposobem przekraczania samotności będzie przemiana. Jej duch towarzyszy całemu zbiorowi opowiadań, ale najsilniej zaznacza się w Dwóch przemianach Włodzimierza Kurczyka. To tu wychodzenie z samotności zostało zaznaczone krok po kroku, od zawstydzenia po budowanie pozycji i wpływów. Źródłem przemiany Włodzimierza stało się odrzucenie poczucia winy, którego naturalną konsekwencją jest samotność i wykluczenie. Zastygła lawa winy, która pokryła serce i duszę Włodzimierza ustępuje pod czułym dotykiem kobiety. Kurczyk odradza się i wychodzi ze swojej skorupy, przekracza wdrukowane wzory własnej beznadziejności. Obserwujemy tę niezwykłą konwersję z rosnącym niepokojem, jakbyśmy przeczuwali, że za winę wyzwolenia musi nastąpić kara. Że dostąpić uwolnienia można tylko składając potężną ofiarę. I nie mylimy się.

Podobnie naznaczone samotnością, która jest niczym wina absolutna, jest życie Pauliny. Ogromnej, niezdarnej, niezbyt inteligentnej Pauliny. Jej przemiana rozpoczyna się od podjęcia samodzielnego czynu, naturalna bierność zostaje złamana a źródłem jest chęć zemsty. Ostateczna metamorfoza Pauliny nie oznacza jednak wyjścia poza obszar ciała, bo wciąż to fizjonomia za nią decyduje. Zmienia swój wizerunek, jakby poddała się regułom gry, w której to spojrzenie/widzenie stwarza ludzi. Cała opowieść Pauliny jest niczym traktat o postrzeganiu, o podwójnym życiu tu i wewnątrz, o ukryciu w ciele, które jest obce i znienawidzone. Zmiana fizyczna jest dla Pauliny drogą wyzwolenia, ciało bowiem jest ważne i ma być piękne, wówczas samotność zgaśnie. Twardoch konfrontuje ten punkt widzenia z życiem Marka, który choć dba o swoje ciało, zanurza się codziennie w samotności. Nie przekracza też żadnego progu życia, bo jego egzystencja niejako utknęła w drodze, w punkcie, w którym światem upragnionym jest jakieś dawne uniwersum młodości. Samotność w teraźniejszości inicjuje u Marka agresję. Przemiana, która byłaby ratunkiem, w jego przypadku nie następuje, żaden proces nie może się rozpocząć. Transfiguracja zmusiła by go do konfrontacji, wyrzucenia poza bezpieczną przystań dziecka błądzącego we mgle. Lęk go hamuje, strach wpycha w Formę.

Ratunku w przemianie szuka też Jacek Barcz. Każdego dnia z mozołem konstruuje postać swego superbohatera- Architekta Barcza, persony doskonałej. Przemiana ze studenta, uzależnionego od emocjonalnej gry doktor Niezgody, w znanego, uznanego i bogatego architekta nie przynosi wyzwolenia z ogromnych pokładów lęku. Jest pozorna, jak fasadowe jest całe jego życie. W środku Architekta Barcza tłoczą się bowiem niezliczone demony młodego Jacka, w tym ogromna potrzeba miłości i akceptacji. Fikcyjność i chwiejność Formy, w którą każdego dnia ubiera swą osobowość Jacek, objawiają się na każdym kroku. Jako przemianę można więc potraktować jego emocjonalne obnażenie w kulminacyjnym momencie opowiadania. Odkrycie ogromnej formy wypełnionej helem, ego, które nie jest w stanie kontrolować swoich potrzeb.

Tekst Tak jest dobrze każe nam podglądać ludzi w sytuacjach bez wyjścia, w drastycznych zderzeniach z życiem, w końcu osobistych cywilizacji. Mówi o naszym budowaniu świata przez codzienne narracje, o dokonywaniu osądów i obserwacji, o wątpliwej możliwości znalezienia prawdy. O tym, jak dusimy się zamknięci w światach wewnątrz, niezdolni do budowania prawdziwych relacji. O tym, jak chronimy swą wrażliwość przed odrzuceniem, samotnością i pogardy innych. O poczuciu winy, wyobrażonych uczuciach i niezaspokojonych potrzebach, które zdolne są nas zniszczyć. Boimy się więc siebie bardziej niż świata, bo można stracić świat i wciąż być, ale stracić siebie to stracić świat podwójnie.

Szczepan Twardoch nie używa literackich, postmodernistycznych gier, bo nie musi. Przyjemność czytania Twardocha tkwi bowiem w metaforze, w odważnych rewoltach słów, w łączeniu światów, decyzji o wplataniu śląskiego i niemieckiego bez tłumaczenia. W końcu tkwi też w podglądaniu, wręcz podglądactwie jakie uprawiamy. Śledzimy bohaterów w sytuacjach niemiłych, intymnych, wstydliwych. Niczym w teatrze doznajemy uczucia ulgi, póki nie dotknie nas niemiła prawda, że to też o nas, przede wszystkim o nas. Spokojna melancholia Twardocha, którą zaczerpnął od Marai`a, jego mizantropia kontrolowana i obłaskawiona każe mu zajrzeć pod skorupę życia, dopominając się nie uśmiechów, ale dąsów, uwag, drążenia zadrapań.

Więc być jak Szczepan Twardoch to znaczy mieć odwagę. Odwagę bycia Pisarzem. Odwagę zmian, odwagę zanurzenie się bez oddechu by obserwować siebie i świat, odwagę niezgody, buntu i odwagę rozwoju. Bo nie wybiera się bycia pisarzem. To się po prostu z człowiekiem dzieje, to mu się dzieje. Jeśli pozwala na rozwój w jakimś momencie musi nastąpić przekształcenie i już nic nie zależy od niego, zgadza się być instrumentem literatury. Twardoch sam z siebie uczynił narzędzie, z którego korzysta. Porzucenie światopoglądu na rzecz poglądów, przyglądanie się sobie w drobiazgowej wiwisekcji, eksploatowanie i przepuszczanie przez siebie emocji, obserwacji, zdarzeń. Wydaje się, że tak robią też inni, lecz prawda jest taka, że mało kto ma do tego prawdziwą odwagę. Obserwowanie narodzin pisarza jest wielką przyjemnością. Pisarze bowiem rodzą się na kamieniu i jest ich garstka. Twardoch pisarz urodził się nagle, gdy po latach pisania książek wydał Wieczny Grunwald. Konsekwencją więc stało się Tak jest dobrze i konsekwencją była nominacja. Teraz czekam na Morfinę z małym niepokojem, ale i pewnością, że cofnąć się już nie można.

S. Twardoch, Tak jest dobrze, „Powergraph”, Warszawa 2011.

Tekst ukazał się w Czasie Fantastyki, nr 4/2012

PS Morfina mnie jednak zaskoczyła.

Reklamy

5 thoughts on “Przypadek Twardocha

  1. Piszesz tu o przemianie z pisarza fantastycznego w pisarza po prostu, ok. Zapominasz jednak, lub bardzo oględnie tylko wspominasz, o przemianie z nacjonalisty-rasisty w człowieka, któremu można podać rękę.

    • Masz rację, bardzo świadomie prześlizguję się po temacie, pisząc jedynie o zamianie ideologii na literaturę czy światopoglądu na poglądy. Może to nawet wyglądać jakbym zamierzała zapomnieć, że takie zaangażowane pisarstwo Twardocha istniało. Ale tak nie jest. To jednak czym był kiedyś i jak nastąpiła „cudowna przemiana” w pisarza to temat na osobny esej i chętnie go kiedyś napiszę. Tu chciałam się zająć opowiadaniami, które mnie zaskoczyły jakością i sensem. Zanim nie napisał Grunwaldu patrzyłam na jego książki jak na cudaki jarmarczne, (no, może poza Zimnymi wybrzeżami), ale po Grunwaldzie nastąpiła amnestia. Szanuję go za za odwagę zaprzeczenia sobie.

      • No i teraz ok. Po prostu czułem (samemu wiedząc, jak świetny jest Grunwald i jak dobre warsztatowo były inne teksty), że to musi zostać powiedziane. Bo też nie jest tak, że tylko łatka fantastyki nie pozwalała mu zaistnieć.

      • Tak, serce się krajało, że taki talent literacki takie rzeczy wyprawia:)Ale są tacy, którzy całe życie nie przeskoczyli tego progu. Ziemkiewicz na przykład. Ma lekkość pióra, ale pisarzem nigdy nie będzie. Zagadką dla mnie jest też Orbitowski. Zdolny, bystry, pracowity, ale coś tam nie działa. I przyczyną też nie jest fantastyka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s