Bezkrwiści Sternbergowie

sternbergNie wiem, czy to dobry moment by powracać do debiutu Szczepana Twardocha na dwa tygodnie przed premierą jego najnowszej książki. To było zaledwie 5 lat temu (2007), a obie powieści różni ocean umiejętności, zainteresowań, cały odmienny obszar znaczeń. Skąd zatem moje o niej pisanie? Z podsumowań? Chyba nie, pragnę spojrzeć na nią raz jeszcze i zobaczyć, z czego wyrasta dzisiejsze pisarstwo Twardocha. Co za sobą zostawił, do czego nie wraca. I jak ta powieść niesie swoje przesłanie dziś. I czy w ogóle taka silna dominanta historiozofii nie zabiera czegoś powieści.

Wydaje się, że gdyby młody stażem artystycznym Twardoch nie stworzył Sternberga, nie rozpocząłby drogi. Nie tylko w sensie dosłownym jako pisarz, ale też jako twórca, który decyduje się prezentować, wystawiać na sprzedaż, łaskawe zainteresowanie, bądź niełaskawe komentarze siebie i swoje prywatne wielkie miłości. W tym wypadku swoją fascynację historią, większą niż fascynację literaturą. Służalcza rola literatury wobec historiozofii dała efekt dziwny, choć przecież spotykany wcześniej. Gdyby więc Twardoch nie był takim sprawnym pisarzem, być może ta sztuka wcale by się nie udała. Bo choć książka mnie nie zauroczyła to ją doceniam. Tak jak doceniam zmagania w trudnej materii, ambitne przedsięwzięcie z różnym efektem. Ambicja Twardocha uratowała ten tekst.

Tytułowi bracia Sternberg, Carl i Alexander są niczym żywe ikony myśli osiemnastowiecznej. Racjonalista i idealista, a każdy z nich uwikłany w swe męskie zasady. Gdyby Twardoch poszerzył ich role o wątek osobisty, gdyby skusił się, by ich portrety rozpisać w narracji rozbudowanej i gdyby między nimi była na przykład kobieta, wszystko skończyłoby się na trzech tomach albo 1000 stron i powstałaby powieść w tonie dziewiętnastowiecznym, historiozoficzna z dominantą rysu społecznego. Taki twardochowy Lód. Rywalizacja ideowa w konfrontacji z rywalizacją o kobietę zupełnie zmieniłaby środek ciężkości. Ale nie po to pisał Sternberga by raz jeszcze pokazać znane i swojskie. To jest właśnie pierwsza cecha jego pisarstwa. Bierze na warsztat tematy ograne i wygrywa je z tak silnym rysem indywidualnym, że wnosi zupełnie nową jakość do znanych już wątków. Nie mogło być zatem kobiety żadną miarą i koniec o tym.

Zasada, wedle której napisał Sternberga była dobra: wyrazisty headline – rewolucja, intrygujący wątek przeniesienia jej z Francji do Austrii, bohaterowie symbolicznie odzwierciedlający „typy rewolucyjne”, klasyczny konflikt braci. Świetne historiozoficzne tezy o determinizmie historii, przyczynowości i następstwach rewolucji, o jej etapach, wynikach, o tworzeniu się mitu wodza. Strofy o technice, broni, wynalazkach doskonale wplecione w narrację o przełomie. Akcja widziana z kilku perspektyw: sługi Sternbergów – Rudolfa Steinera, wiarusa huzara Laszlo Rakotscha, listów matki Anny Sternberg. Zmiany narracji pierwszoosobowej na trzecioosobową, różne punkty widzenia, quasi-cytaty, jak choćby ten z wiersza Sylvi Plath o tym, że umieranie to sztuka, znaczące nazwiska, na przykład przyszłego dowódcy NSDAP, Gwardia Republikańska inspirowana formacjami nazistowskimi, wszystko to według dobrych wzorów na utrzymanie zaciekawienia i napięcia u czytelnika.

Z drugiej strony wyraźny trop bohaterski. Inicjacje i rytuały przejścia, dorosłość i chłopięcość, bunt i kompromis, dojrzewanie do przyjęcia odpowiedzialności i unikanie jej określane jako wierność ideałom. Wchodzenie jednego z braci w rolę wodza i wierność ideałom drugiego pozwala na pokazanie za pomocą fikcyjnej opowieści wielu doświadczeń młodego człowieka. Mechanizm przyjmowania wyjątkowej roli społecznej, wychodzenia poza „siebie osobistego” a wchodzenie w „siebie społecznego”, czyli droga romantyczna ̶ poza siebie w służbie ludziom. Taki sam rys ma wbrew pozorom los drugiego brata ̶ poza siebie w służbie idei, czyli w służbie ludziom w dłuższej, nieracjonalnej na pierwszy rzut oka, perspektywie.

Czas przełomu jest doskonałym pomysłem na powieść. Jest, jak się wydaje, jedynym słusznym pomysłem na powieść historyczną czy historiozoficzną. Bo element fantastyczny, czy raczej alternatywny jaki zastosował Twardoch był tu tylko formą naddaną. Wszak zakochany w Rewolucji Francuskiej chciał napisać i napisał o niej książkę, lecz nie mógł zrobić tego w sposób tradycyjny. Taka powieść byłaby przewidywalna, bo oczekiwaliśmy rozwoju wypadków opisywanych po wielokroć, kolejnych śmierci, terroru, wybawiciela. Potrzeba zanurzenia się pozostała, trzeba było tylko znaleźć inną drogę. Ale inność, indywidualność, odrębność nie stanowią dla pisarza przeszkody. W Sternbergu widzimy więc rewolucję, lecz bez schematu wpisanego przez szkolną wiedzę/niewiedzę o Rewolucji Francuskiej. Podglądamy mechanizmy jak coś znanego a przecież nowego. Ten pomysł by w starych, znanych ramach pojęcia rewolucji rozpisać nową historię był bardzo celny. I gdyby od powieści oczekiwać tylko tego, by opowiedziała o zjawisku socjologicznym byłaby to powieść doskonała. Powieść jednak, nawet historiozoficzna chce krwi, nie tylko idei. Chce żywego mięsa emocji nie tylko suchych myśli. Chce napięcia między bohaterami, niespodziewanych zwrotów, zazdrości, zdrady, uraz i nieracjonalnych decyzji, porywów serca. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Tołstoj pisząc Wojnę i pokój i Żeromski w Popiołach, które choć historiozoficzne, niosły swój ładunek emocji jak psi obowiązek.

Można napisać, że prymat Historii zniszczył zamysł, ale może to doskonałe wykonanie zamysłu niszczy nośność książki. Jest zbyt celne, precyzyjne, perfekcyjnie zorientowana na pokazanie procesu. Nie człowieka w procesie. Proza doskonale napisana, lekko i przejrzyście, z zachowaniem specyfiki gawędy, wspomnień, pamiętnika. Świetne dialogi, nie stylizowane na siłę, ale i bez wyraźnych nieścisłości historycznych, doskonałe obrazki cywilizacyjne, militarne, obyczajowe, jak choćby początkowa scena pojedynku, czy opowiadanie huzara. A jednak gubi gdzieś to, co najważniejsze dla czytelnika – emocje ludzkie. Jest jak praca prymusa, który namalował doskonały obraz, ale brak mu głębi, bo brak mu duszy i zmagań z materią życia. Tego bólu z przechodzenia z jednego poziomu do drugiego, przekraczania stopni wtajemniczenia i żalu, niezgody, smutku.

W ocenie powieści Twardocha nie chodzi o to, by wymienić to, co można naprawić. Nie na tym to polega. Zamysł tej powieści jest spójny, konsekwentnie przeprowadzony, absolutnie sensowny. Ale już w początkowym zamyśle czegoś brak i nawet braterski konflikt tego nie zmienia. Nie upieram się, że Twardoch mógł coś dodać, albo inaczej to napisać, bo napisał jak chciał i już. Wykonał świetnie. Zamysł przemyślał. Napiszę trywialnie, że mnie tu brakuje kobiety, która rozpaliłaby zmysły nieszczęsnych bohaterów. Nie spełni tych oczekiwań Historia, bo choć jest wielką uwodzicielką i z zimną krwią zwodzi braci Sternbergów, każdego z nich kusząc zupełnie inaczej, to nie wystarczy jej symboliczna kobieca kapryśna natura. Nie w tej powieści. Nie przeszkadzał mi jej brak w Wiecznym Grunwaldzie, bo tam stopień emocji, buntu, niezgody, cierpienia był diametralnie różny. W Sternbergu wyraźnie brak mi mocnych emocji.

Twardoch czuje ducha Historii, rozumie jej mechanizmy, oddycha nią i myśli o niej. Niczym o kochance. Wystarczyło to na perfekcyjny choć niedoskonały debiut. Ale na szczęście było to dawno temu i wszystkie rewolucyjne koty Wiednia już wyzdychały.

S. Twardoch, Sterberg, Warszawa 2007.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s