Hancock, albo uroki psychoanalizy

Miłośnik kina amerykańskiego to twardy przeciwnik, wymagający klient znający prawa swoje i prawa rynku oraz uznający powszechnie panujące status quo globalnej wyobraźni. Widz taki dokładnie wie, czego oczekuje, precyzyjnie potrafi określić typ, rodzaj, gatunek filmu i doskonale wyłapuje wszelkie odstępstwa od jedynej słusznej uznanej formy dla danego gatunku. Widz taki to jednocześnie widz doskonały, przewidywalny, tradycyjny, nie marzący o rebelii, lecz o „godziwej rozrywce”, która nie zwiedzie go na manowce myślenia w kinie. Widz taki bowiem wie, że w pracy niestety myśleć czasem trzeba, ale w kinie to już naprawdę przesada!!!

Hancock Petera Berga wzbudził w Widzu mieszane uczucia, zdegustowanie, zaskoczenie, zdziwienie. Dopasowawszy wizję z zapowiedzi filmu do własnych wyobrażeń poszedł do kina na komedię, na film o superbohaterze, a tu rozczarowanie: wątki psychologiczne, połamana, niespójna fabuła. Podobał się więc Widzowi początek, bo „fajny”, śmieszny, a przy tym heros alkoholik taki inny, a zarazem jednoznaczny, jednowymiarowy, więc bezpieczny. Wiem, znam, rozumiem. Już to widziałem, myśli Widz, trochę inaczej w innym filmie, ale generalnie rozumiem, o co chodziło reżyserowi i scenarzyście. Lecz ten początek to przysłowiowe miłe złego początki, bo choć przełamanie schematu superbohatera zadowala Widza (bo wie, że to taki pomysł, coś nowego, by produkt się sprzedał) to potem już jest tylko źle, źle i coraz gorzej. Widz pisze w komentarzu internetowym, że niezłe efekty specjalne (ulubiony zwrot Widza) w drugiej części, ale po co ta rehabilitacja, fajny był z niego pijaczek, na co takie zawikłania psychologiczne? A w dodatku zakończenie hollywoodzkie, ohyda. W ten sposób film został uznany przez Widza zaledwie za dobry. Fakt ten wymaga przywrócenia czci i dobrego imienia Johnowi Hancockowi. Respektując prawa Widza do własnego zdania (w odczuciu Widza jego zdanie wynika z jego niezawisłej opinii, nie zaś z matrixu, w jakim żyje) poczuwam się jednak do rehabilitacji tego filmu.

Przede wszystkim reżyser pomieszał gatunki i wynik tego miksowania jedni mogą nazwać bigosem, który nigdy się nie uda, a inny mariażem, który mógł przynieść zaskakujące efekty. Bo kto, prócz Widza, upiera się absolutnie, że film o superbohaterze nie powinien zawierać prawdy psychologicznej?

To, czego Widz nie lubi w Hancocku, to, w jego rozumieniu, owej łopatologicznej psychologii, czyli psychoterapii jako dowodu na upadek silnego, niezależnego bohatera. Bo przecież Widz wie, że normalnemu człowiekowi nic dobrego z psychologii jeszcze nie przyszło, najwyżej stracone pieniądze i łzy w gabinecie, czyli wstyd i hańba. Triumfu amerykańskiego sposobu na szczęście, czyli psychoterapii, która zawitałaby pod strzechy jeszcze w naszym kraju nie ma, więc jedynie sfrustrowane kobiety pragnące szczęścia szukają go tą pokrętną drogą. I one pewnie zrozumiałyby cały dramat Johna Hancocka, ale pechowo nie poszły na ten film do kina. Bo nie lubią superbohaterów.

Dla kogo w takim razie powstał ten film? I o czym właściwie jest?

Trzeba jasno powiedzieć, bo może nie do końca udało się to w filmowej realizacji ująć, że Hancock jest filmem poszukującym, zagubionym i próbującym zrobić coś innego z odwiecznym tematem superbohaterów. To poszukiwanie odpowiedniej formy i pójście na kompromis z wytwórnią, czyli odwzorowanie psychologicznych zachowań w rysunku postaci, ale koniecznie z fajerwerkami walki na ulicach metropolii w tle, oczywiście skutkuje tym, co Widz nazywa „dobry”. Czyli jaki właściwie?

Przede wszystkim nierówny, potrzaskany, jakby posiadał byt samoistny i nie mógł się zdecydować czy jest filmem z sensem czy filmem z efektami. Już, już wydaje się, że powie coś ważnego na temat wykluczenia, przyjmując strategię supermocy jako źródła wyobcowania, pokazując, że wszystko co w nas indywidualne i wartościowe może stać się obciążeniem, jeśli sami tego nie rozumiemy. Pokaże, że każdego można napiętnować, nawet herosa, jako obcego, niezrozumiałego, i sprawić, by życie codzienne, różniące się od egzystencji innych ludzi stało się jego przekleństwem. Że opowie przewrotną historię o tym jak naddatek staje się niedostatkiem. Czy to się udało?

Ponadto, naturalne niekontrolowanie siły, pomyłki i niefrasobliwość w wykonywaniu obowiązków doprowadzają do braku akceptacji Johna Hancocka, bo rachunek ekonomiczny się nie zgadza, a podatnicy za to płacić nie mogą. Polityka ponad wszystko. Ale wykluczenie istnieje na dwóch przynajmniej poziomach, z jednej strony heros zaprzeczyć nie może, że potrafi latać i ma nadludzką siłę, co go naturalną drogą eliminacji wyrzuca poza nawias społeczeństwa. Z drugiej kiedy jest niegrzeczny, nie stosuje się do swojej roli otrzymuje następną dawkę wykluczenia i ludzie mówią Hancockowi, że go już nie potrzebują.

No właśnie: rola, bo to przecież świetny film o rolach społecznych. Czy bowiem Hancock wie kim jest i po co? Czy rozumie swoje miejsce w społeczeństwie? Czy wolno mu żyć jak sobie chce? Upijać się, gwizdać na purytańską moralność, nie liczyć się z kosztami? Czy będąc superbohaterem może być jednocześnie enfant terrible Ameryki? Niekoniecznie. Jego geniusz wymusza na nim przyjęcie odpowiedniego kostiumu, dosłownie i w przenośni, zachowania szczegółowego protokołu dyplomatycznego, w którym występuje nieśmiertelne hasło- slogan- Amerykanów good job. Właściwie kibicujemy bohaterowi w jego buncie, bo jest to bunt dorastania, przeciwko roli, o którą się nie prosił i od której chyba chciałaby sobie odpocząć. A może zwyczajnie nie do końca rozumie na czym ma ona polegać? Jest to też bunt zagubienia, niezrozumienia, bunt dziecka, które wszyscy w szkole przezywają. Więc koło rebelii i odrzucenia nakręca się samo.

Ale na straży ról społecznych stoi niezawodny piarowiec, który nie pozwoli, by taki potencjał, tak doskonale wyrazisty image, taka niezwykła marka jak superbohater po prostu się zmarnowała, tylko dlatego, że ktoś jest na tyle niedojrzały by unikać wejścia w rolę, jakiej się od niego oczekuje. Podobnie z Mary, lecz ona umknęła swej roli świadomie, ma nareszcie tę wolność, o którą Johnowi chodzi, zasypia snem sprawiedliwej, bo udało jej się oszukać system. Ona nic nie musi, on tak. Pozornie przekroczyła granicę samotności innego, wyrzekając się swojej inności. Ale to nie oznacza, że nie odczuwa braku.

Więc następnym tropem będzie samotność i akceptacja, obie przecinające się i wykluczające. Jest to film o samotności w inności, o zmaganiu się z tym bezmiarem niezrozumienia, kryteriach świata które nie przystają. A mimo to samotność sprawia, że Hancock chce być w końcu akceptowany i godzi się nawet na absurdalne zabiegi dzielnego, układnego człowieka od wizerunku. Godzi się, bo akceptacja jest teraz dla niego ważniejsza od prawdy enfant terrible, który woli zrażać do siebie ludzi. Samotność doskwiera pomimo umiejętności latania i nie sposób wciąż zaprzeczać samemu sobie. Z pewnością miała w tym tez udział Mary, spotkanie jej otwiera jakieś zamknięte w Hancocku drzwi.

I w ten sposób dochodzimy do tego, że jest to też film o zauroczeniu. Zanim bowiem dowiemy się, że dotyczy ono dwóch równorzędnych sobie istot, bogów, aniołów, superbohaterów oglądamy relację dwójki ludzi, między którymi pojawia się coś niepokojącego, o ogromnym ładunku emocjonalnym. Więc wydaje nam się, że związek pomiędzy Johnem a Mary to po prostu fatalne zauroczenie, mocne, obezwładniające, sprowadzające same kłopoty i że prowadzi prostą drogą do romansu. Scena w więzieniu nie pozostawia co do tego wątpliwości. A jednak ta wiarygodność psychologiczna, doskonale wygrana delikatnymi pociągnięciami domysłu widza, zostaje nagle przygnieciona spadającą na Hancocka ciężarówką. Wielką awanturą we włoskim stylu, właściwie nie wiadomo dlaczego.

Podczas gdy niechcący zarysowano tu najpiękniejszy mit miłosny o poszukiwaniu swego absolutnego dopełnienia, dopełnienia duszy, animy i animusa. To hierogamiczne połączenie przeciwieństw wynika oczywiście ze spotkania bytów boskich, ale jest jakby echem ludzkich tęsknot to miłości absolutnej. Kiedy prawdy o relacjach jakie łączą Johna i Mary wychodzą na jaw, historia nagle rozszerza się, koncepty nabierają nowego blasku i film o zaprzeczeniu samemu sobie, o odrzuceniu roli staje się nagle filmem o podświadomym wyparciu, o autodestrukcji jako ukaraniu się za samotność, za odrzucenie i za zapomnienie o swej animie, heroinie, żonie. O części siebie samego.

I znów kolejne zupełnie inne spojrzenie na Johna Hancocka, bohatera. Okazuje się, że istota doskonała poza człowiekiem istnieć nie może. Bo czym staje się John po spotkaniu swego żeńskiego pierwiastka, po dopełnieniu się w istocie żeńskiej? Człowiekiem. Czyli słabym, ułomnym, narażonym na śmierć i cierpienie. Sposobem na wyzwolenie boga jest miłość. A miłość przynosi śmierć. A śmierć, jak mówi Jung, to osiągnięcie ostatecznej pełni. Więc mogą iść na śmierć, zapadając się w sobie, upadając w miłość. Niosąc sztandar destrukcyjnej miłości gigantycznych rozmiarów. Ale oczywiście tego nie robią. Dlaczego? Czyżby dobro ludzkości było dla nich tak ważne, że postanowili grzecznie odgrywać powierzone im role? To miłość tak silna, ze każe im zaprzeczyć samemu źródłu swego jestestwa. To poświęcenie sprawia, że Hancock staje się na chwilę ludzki do szpiku kości, do zgrzytu nieśmiertelnych ścięgien, do źródeł greckiej tragedii. I oczywiście odchodzi.

Gdyby film zakończył się scenami w szpitalu zostawiłby w widzu uczucie jakiejś prawdy, tragizmu i smutku i może zyskałby więcej uznania. Ja udaję, że tej sceny z logo na księżycu nie ma, staram się jej nie pamiętać, omijam ją szerokim łukiem, jak pretensjonalny, sponsorowany komentarz w internecie. Ona istnieje, jako symbol wygrania batalii o Hancocka przez producentów. I przez Widza, który chce, by komedia kończyła się szczęśliwie, i który, paradoksalnie, tego zakończenia nie zaakceptował.

Jest jeszcze jedno wyjaśnienie, że to nie miłość lecz wirus nakazał im rozstanie. Że te superzdolności naszych bohaterów są niczym wirus, zagnieżdżony w ciele herosa, by zapewnić sobie polisę ubezpieczeniową na wypadek próby wyzwolenia, decyzji o pozostaniu człowiekiem, decyzji o śmierci. Wirus o ogromnej sile instynktu samozachowawczego.

Ale kto mi w to uwierzy?

Hancock, dramat USA, 2008, reż. Peter Berg.

Czas Fantastyki, 2010, nr 3.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s