Rosyjska dusza Catherynne

Nieśmiertelny Catherynne M. ValenteBaśnie są pochodną mitu. Niczym przepisane dla dzieci opowieści dla dorosłych, nie mówią wprost tego, co przekazywał wyraźny i okrutny mit. Dotarcie do jego pierwotnych warstw w legendzie czasem jest trudne, lecz doszukiwanie się ich w powieści może być uznane za nadinterpretację. Chyba, że autor wyraźnie wskaże drogę. Tak, jak uczyniła to Catherynne M. Valente w Nieśmiertelnym.

Wyraźny wzorzec mythic fiction można dostrzec już w pierwszym rozdziale, w rondzie rozpisanym na ptaki i małżeństwa, w trójkowych powtórzeniach niczym w ludowej piosence. Wewnętrzny rytm, który nadaje książce Valente motyw trójek, przeniesiony został z rejonu baśni, a powtórzenia są elementem nie tylko topiki baśniowej, ale i ludycznej. Natomiast motyw podarków trzech sióstr, dzięki którym bohaterka powraca do domu swego męża, wydają się typowe nie tylko dla poetyki baśni, ale i mitu. Valente nie zadowala się więc tylko ludycznością, baśniowością wprost z książek dziecięcych. Trawestuje opowieść o Kościeju Nieśmiertelnym i Marii Moriewnie, lecz czyni to z finezją, budując narrację w oparciu o metaforykę mitu. Magiczne drzewo przed domem dziewczyny, jest wyraźnie pośrednikiem pomiędzy światami, a samotność Marii w widzeniu „świata prawdziwego” nadaje jej szczególną rolę postaci granicznej, typowej dla mitologii.

Znakiem rozpoznawalnym narracji Valente będą skrajności w obrazowaniu miejsc: błogiego i magicznego Bujanu, arkadyjskiej Jajiczki, pełnego poległych placu bitewnego, niezwykłego domu przy ulicy Grochowej. Przestrzeń miejsc znanych przeciwstawiona zostanie miejscom obcym, groźnym, Bujan- krainie śmierci, dom- ulicy. Silnie sugestywny stanie się też opis życia w rewolucyjnym i wojennym Petersburgu/Piotrogrodzie/Leningradzie. Sielskość pokoju zastąpi groza wojny. W warstwie symbolicznej odwzoruje ten stan nieustanny konflikt życia i śmierci. Wszystko dąży tu więc do wyraźnego dualizmu, którego źródeł można szukać w słowiańskich opowieściach o pojedynku kosmogonicznym, w przypowieści o tym, jak dwaj demiurgowie, jasny i ciemny, solarny i chtoniczny, walczyli o władzę nad światem. Motyw ten Valente doskonale wykorzystała w obrazach walki cara życia i jego brata, cara śmierci. Znamienne, że nawet bogowie, demiurgowie światów magicznych nazywani są tu carami, rosyjskość przenika bowiem wszelkie granice tego świata. Niejaką ambiwalencją odznacza się postać Kościeja, który w baśni rosyjskiej wyraźnie uznawany jest za złego bohatera. W Nieśmiertelenym staje się carem życia, dzięki czemu pisarka może wykreować niebanalną i niejednorodną postać literacką. Nie do końca dobry, mroczny, skomplikowany wewnętrznie Kościej Nieśmiertelny zatrzymuje uwagę czytelnika.

Jego postać, podobnie jak inni mężowie u Valente, wpisuje się w kodzie mitycznym w osobę narzeczonego ze słowiańskiego mitu płodności. Ów konkurent przybywa na rumaku z daleka do domu dziewczyny, która ma na imię Mara, bądź Maria lub Marzanna. Droga ta jest uciążliwa, prowadzi przez góry i doliny, pola i grzęzawiska, ale wraz z nadejściem narzeczonego rozpoczyna się w okolicy urodzaj, czas obfitości. Wiosna pokonuje zimę. Odwróconą figurą tego motywu będzie zatem wędrówka Marii Moriewny z Kościejem do jego siedziby i symboliczna droga poprzez kolejne doznania zmysłowe, jako wstępowanie do sfery życia. Droga opłacona ofiarą. W micie słowiańskim Marię charakteryzuje pewna krwiożerczość, typowa dla persony nocy. Być może u Valente nawiązuje do tego ranga wojskowa Moriewny. Złą postacią jest też siostra Kościeja, podobnie jak siostra narzeczonego z mitu, która pragnie doprowadzić go do zguby.

Ciekawy i symboliczny jest u Valente dom, jako ośrodek wszechświata, czyli miejsce pierwsze. Maria mieszkając w kamienicy na Grochowej poznaje świat realny i magiczny, zza firanek obserwuje ulicę, uczestniczy w wielkim kole życia. Dom, to też siedlisko ludzi i duchów, żyjących w symbiozie, dopóki car śmierci nie zawładnie Leningradem. Ten topos, tak umęczony w literackim przetworzeniu, u Valente nabiera świeżości, właśnie poprzez połączenie jungowskiego wręcz wyobrażenia domu jako bezpieczeństwa z jego formą złotej klatki. Maria wszak z domu ucieka, by zacząć żyć samodzielnie i do niego wraca, by się odrodzić. Nie wiem, czy amerykańska pisarka była świadoma głębokich pokładów mitu w baśni o Kościeju Nieśmiertelnym i Marii Moriewnie, na której oparła swą książkę. Wydaje się, że tak, bo metafizyka, która przenika jej powieść sugeruje, że nie potraktowała baśni li tylko jako historii dla dzieci. Wszak każda baśń jest w gruncie rzeczy historią dla dorosłych, inaczej zapisaną.

Autorka Nieśmiertelnego jest Amerykanką, która żyje z Rosjaninem i z tego mariażu kultur powstała książka o uniwersalnym przekazie, choć bardzo zanurzona w tradycji wschodniosłowiańskiej. Właściwie zadziwia mnie, że o rosyjskim folklorze, baśni, micie ciekawie i niebanalnie może napisać dopiero zafascynowana Amerykanka. Jakby życie w tej kulturze było obciążeniem, brakiem dystansu i możliwości żonglowania motywami. Jakby jedyną możliwością, by napisać książkę tak przesiąkniętą rosyjskością, było oddalenie. Ale być może to, co wydaje mi się ową kwintesencją rosyjskości w wykonaniu Valente, tak naprawdę jest jedynie naszym o Rosji wyobrażeniem. Wyobrażeniem rosyjskiej duszy.

Bo być może w swym sercu i duszy Catherynne jest Rosjanką. Choć nie potrafię do końca zdefiniować czym owa rosyjska dusza jest, wiem, że nie można się z niej wyleczyć, wyszarpnąć jej i odrzucić. Rosyjska dusza bowiem utrudnia życie, ale rodzi się wraz z człowiekiem. Jest jak poezja od bladego świtu, niewykonalna i męcząca. Przypowieść Valente o rosyjskiej duszy, napisana w konwencji realizmu magicznego, czy też mythic fiction, staje się też opowieścią o udręce kobiety. I o miłości, co jak owa poezja: trudno bez niej żyć, choć wszystko utrudnia.

Historia o Marii Moriewnie jest w końcu o tym, jak zakochana dziewczyna dojrzewa do buntu, samostanowienia i poczucia ważności. O kobiecie zakochanej w życiu i śmierci, w dobrym i złym, w poddaniu się i sprawowaniu kontroli. O fatalnym zauroczeniu, niebanalnym związku i zmęczeniu niezwykłością. Maria Moriewna to ktoś, kto ma duszę rosyjską na wskroś, szarpiącą się między autodestrukcją a panowaniem, między uleganiem silniejszemu mężczyźnie a wyrywaniem się do życia ze słabszym. Każdy z nich jest właściwy dla jednej ze stron Marii, bo ma ona wewnątrz wyraźną dychotomię, bo kocha i nienawidzi tę sprzeczność w samej sobie, niedotykalną boleść życia. Więc historia Marii Moriewny jest opowieścią o kobiecie totalnej, o jej wyborach, o jej doznaniach samotności i niezrozumienia, oddania i niewdzięczności. Jej dochodzeniu do akceptacji inności i słabości mężczyzny, budowania małżeństwa. Choć rozpisana w konwencji uniwersalności baśni, niesie też uniwersalność losu kobiety, rozpiętego między wyborami trudnymi do zaakceptowania.

Catherynne M. Valente należy do tych pisarek, które nie naśladują męskiego pisania i nie próbują niczego udowodnić. Jej metoda twórcza jest spójna i wyraźna, poetyka rozpoznawalna, wrażliwość metafizyczna. Piękno porównań, metafor, zaskakujące zestawienia pozwalają na doznanie prawdziwego spotkania z twórcą. Nosi w sobie niezmierzone światy wyobrażone, meandry uczuć a posługując się w narracjach niezwykłą stylistyką quasibaśni, wzbudza w czytelniku zachwyt i niepokój. Zwłaszcza w obrazie rewolucji, widzianej z okien spiżarni.

C. M. Valente, Nieśmiertelny, przeł. R. Waliś, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2012.

Reklamy

Ci przeklęci Jankesi

Przeminęło z wiatremTo było tak, pokłócili się między sobą o pieniądze, władzę, dostęp do dóbr i ziemi, a światu i własnym obywatelom powiedzieli, że o niewolników i styl życia. Jedni i drudzy poszli w bój z pieśnią na ustach, wrócili w łachmanach i dziurawych butach. Ot, wojna, męska filozofia życia. Kobiety patriotki wysyłały swoich synów w imię celuloidowych ideałów i czytały listy poległych. Szyły szarfy, haftowały sztandary. Ot, bierność, żeńska filozofia nieszczęścia. Choć kraj spłynął krwią, gospodarka ewoluowała i pojawiły się nowe normy społeczne. W ich imieniu jedna część narodu spacyfikowała drugą.

Ponieważ historię piszą zwycięzcy, przegrani zawsze dopisują swój komentarz. Swoją wersję wydarzeń. I słusznie. Nie istnieje bowiem możliwość obiektywnego zapisu wydarzenia historycznego, lecz tylko fakt i narracja o nim. Narracja nacechowana subiektywnym osądem. Tak twierdzi Hayden White, a ja absolutnie się z nim zgadzam. Narracja taka może przybrać rozmaite formy, a ponieważ piszemy tu o literaturze, rozważymy narrację fikcyjną, ale historyczną. Czyli opowieść o wojnie secesyjnej napisaną przez Margaret Mitchell, córę Południa. My także mamy podobne opowieści, na przykład romans zaangażowany ideologicznie spod szyldu Henryka Sienkiewicza. Nikt nie potrafił napisać tak wzruszająco historii miłosnych w siedemnastowiecznych sceneriach. Może poza Aleksandrem Dumas, choć on nie miał tak wyraźnie wyznaczonych celów propagandowych. Mieszanie miłości i wojny to domena wielu powieści historycznych, lecz prozie Mitchell z pewnością bliżej do „Potopu” niż „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. Właśnie z powodu silnego subiektywnego zabarwienia.

Tam, gdzie istnieją dwie strony konfliktu żyją też wyznawcy różnych idei. Ponieważ ludzie nie potrafią rozmawiać ze sobą w konflikcie, a tradycja kłótni jest wręcz uświęcona przez sacrum wojny, nie ma przyzwolenia na zrozumienie argumentów drugiej strony. Dopraszanie się przez nią uwagi wygląda więc rozmaicie. Czasem sa to wybuchy bomb, czasem wystarczy proza zaangażowana. Podobnie jak powieści tworzone ku pokrzepieniu serc, pisanie o historii przez stronę, która „zwyciężyła moralnie”, ale przegrała na placu boju, ma przynieść swoiste zadośćuczynienie, przywrócić równowagę, znieść upokorzenie przegranej, zbalansować poczucie krzywdy historycznej. Pozwala poprzez sztukę pokazać światu, że konflikt nie do końca wyglądał tak, jak pokazują go zwycięzcy.

I taką właśnie perswazyjną rolę spełnia „Przeminęło z wiatrem”. Wydaje się nawet, że dla mitu Południa zrobiło znacznie więcej niż wszystkie opracowania historyczne razem wzięte. Bo jak miliony ludzi spoza Stanów widzą wojnę secesyjną? Przez pryzmat burzonej Atlanty, okrutnego Shermana, romantycznego rozstania na moście Scarlett i Rhetta Butlera. Przez film Davida O. Selznicka z 1939 roku! Jeśli ktoś nie poprzestał jednak na przedwojennym filmie i przeczytał książkę, być może zdziwił się, że miast romansu wszechczasów otrzymał czystej wody propagandę. Margaret Mitchell urodzona w Atlancie, napisała epopeje o upadku Południa, apoteozę życia, które przeminęło nie tyle z wiatrem, ile z wojennym hukiem dział. Pamiętać jednak trzeba, że dla Amerykanów z Południa Wojna Secesyjna jest niczym Powstanie Warszawskie dla Warszawiaków. Najważniejszym wydarzeniem w dziejach świata, które zmieniło bieg historii.

Autorka kreśli zatem obraz symbolicznej Arkadii, czyli posiadłości Dwanaście Dębów oraz Tary, domu głównej bohaterki. Córka O`Harów Scarlett, choć buntowniczo nastawiona do życia, nie neguje siły i słuszności tradycji, czyli niewolnictwa, bo nie ma poglądów politycznych. Kobiety z Południa nie interesują się polityką, bo nie przynależy do sfery życia dam. Odznaczają się za to przywiązaniem do tradycji, norm społecznych i odpowiedniego stylu życia. Wszystkie te formuły życia codziennego, według których damy z Południa organizują dzień sobie i dzieciom, mają swe źródło w kulturze Europy, w jej sformalizowanych strukturach i więzach społecznych. Kasty, stopnie, podziały, zasady relacji, etykieta, oddzielanie świata kobiet i mężczyzn jest jakimś naśladowaniem życia w Europie. Europie, w której jednak niewolnictwo zostało zakazane prawie sto lat wcześniej. W Stanach, w których czas się zatrzymał, wciąż dzieli się ludzi nie tylko na damy i gentlemanów, ale też niewolników i właścicieli, bogaczy i białą hołotę. Honor jest walutą i podstawą funkcjonowania. Honor oraz sztywne, nieprzekraczalne normy budują Południe. Czy to jest kraj, który jest zdolny zbudować potęgę gospodarczą? Wątpliwe, skoro niczym w teatrze kukiełkowym powtarza zachowania europejskiej arystokracji i szlachty. Czy dziwi nas, że nie chce postępu gospodarczego i społecznego? Że nie chce zmian, rozwalenia skostniałego systemu?

Arkadia Południa w „Przeminęło z wiatrem” jest absolutnie nieprawdziwa, ale jej zadaniem nie jest przecież pokazanie prawdy, lecz nadanie południowym stanom rangi niewinnego gołębia, na którym dokonano gwałtu. Wyrywanie się na wojnę, kłótliwość i zadziorność gentlemanów z Południa Mitchell pokazuje jako szlachetną głupotę, za którą umarli piękni i szaleni trochę chłopcy. Ich nieprzygotowanie do wojny, zaciekłość i brak perspektywicznego myślenia, które w przededniu secesji wypomina im Rhett Butler, stanowi jakaś straceńczą nutę, nieodzowny element owego piękna Południa. Wszelkie przejawy rozsądku są więc niczym niemożliwa i nieprzystająca do tego arkadyjskiego obrazka ozdoba, niepasująca do sielanki i harmonii, dumy i wigoru, tradycji i norm.

Nasi dzielni chłopcy i ci przeklęci Jankesi, wojna niesłusznie przegrywana, zbiórki na rzecz Konfederacji, bitwa pod Gettysburgiem, barbarzyński atak na Atlantę, niewolnicy idący ze śpiewem na ustach do pracy na wałach obronnych Atlanty, wszystko to kreśli Mitchell nie tylko jednowymiarowo, ale wręcz z nachalną, nie do wytrzymania dla współczesnego czytelnika manierą słuszności jej sprawy. Wystarczy jednak, że przypomnimy sobie jak my myślimy o Powstaniu Warszawskim, jak jednowymiarowej uczymy się w szkole historii…

Kiedy czytałam „Przeminęło z wiatrem” jako młoda dziewczyna bardziej zachwycałam się opisami bitew i szczegółami historycznymi niż opowieścią o bezrozumnej miłości Scarlett do Ashleya. Teraz najciekawszym wątkiem wydaje mi się autodestrukcyjny wymiar decyzji życiowych Rhetta i jego instynkt samozachowawczy, który każe mu w ostatniej chwili uciekać. Więc jeśli już czytać „Przeminęło…” to z wyrozumiałością dla demagogii uprawianej przez córkę Południa. I tylko dla Rhetta Butlera.

M. Mitchell, „Przeminęło z wiatrem”, przeł. C. Wiśniewska, Albatros, Warszawa 2011.